Wstęp ma kształt poematu, reszta jest dramatyczna. Koniec, przebudzenie, będzie balladą. Wybacz, mój drogi, że nudziłem Cię tak długo streszczeniem mego dziełka. Żegnaj i kochaj mię zawsze!

Zyg. Kras.

111. Do Konstantego Gaszyńskiego

Livourno, 14 czerwca 1835

Za trzy dni jadę do Niemiec, do wód Kissingen w pobliżu Würzburga. Tam będę przez trzy tygodnie, pisz tam do mnie. A potem wracam na jesień do Florencji, na zimę do Rzymu.

Jeśli takeś się zakochał w malarstwie, tobyś dopiero tu mógł użyć widoku arcydzieł. Ja jakoś dość obojętny jestem na obrazy; może to i stąd pochodzi, że nie mogę patrzeć na nie długo bez bólu w oczach. Co pojmuję być wzniosłem, to pierwszą chwilę natchnienia malarskiego, kiedy twarz, niewidziana na ziemi, staje mu, jak gorejące słońce, w mózgu i świeci, jak nadzieja — ale następny mechanizm sztuki nieznośnym byłby dla mnie. Wolę pisać: atrament mi nie śmierdzi, palców nie mażę, nie żyję w jadowitej atmosferze. Ale, jeśliś dobrze pojął, co malarz i jego dzieło, stosunek między nim a niem, to powieść twoja Ci się uda. Po francusku nie radziłbym jednak pisać. Horacy mówi: „Nie noś drzewa do lasu”; a potem nie napiszesz tak, jak Janin lub Sue. Wreszcie świętym dziś obowiązkiem dla każdego z nas o ile możności pisać po polsku; jedyny to kamień, pozostały z gruzów — budujmy na nim! Potem, pisząc po francusku, styl swój polski zepsujesz; niepodobna dobrze w dwóch językach pisać, chyba listy. Duch człowieka różnorodnych form nie może przyjąć, żeby jedna nie następowała na kształty drugiej. Zresztą, jeśli czujesz się na siłach wystarczenia tym olbrzymim, zdaniem mojem, trudnościom, to rób podług myśli swej! Addio.

Z.

O Magnusie135 nic nie wiemy. O matce Twojej doniosę Ci wkrótce.

112. Do Henryka Reeve’a

Kissingen, dn. 10 lipca 1835 r.