Drogi Henryku!

To niemożliwe, niemożliwe! Nie będę mógł być w sierpniu ani w Schlangenbadzie, ani w Ems. Kobieta, którą w życiu najbardziej kochałem, ostatni koniec mej młodości i początek mego wieku dojrzałego i męskiego, będzie w tym czasie w Tryjeście i Wenecji. Przeznaczenie ciągnie mię ku niej, gdyż po raz ostatni w życiu przycisnę ją do serca. Bawi teraz tutaj. Jestem potężny i szczęśliwy, jak bóg pogański. Za kilka dni wyjeżdżam do Ischlu; później, mniej więcej na początku sierpnia, udam się do Tryjestu. Napisz tam! Po dniach tych, które się kończą i które nigdy nie powrócą, złożę swoją koronę młodości i szaleństwa. Stanę się mężem. Bieg mego życia będzie może nic nie znaczący dla ludzi, którzy mię otaczają, ale wypełniony, ciemny i straszny w tajnikach mojej duszy. Praca bez wytchnienia jest celem, który, jak Saturn, pożera swoje dzieci, zanim wyrosną, lecz niech się co chce dzieje! Takim się urodziłem, takim umrę. Rozpocząłem od fanatyzmu miłości i sławy, później goniłem w milczeniu i uroczyście za innym fanatyzmem, pewny, że Bóg tam, gdzie jest... Czytaj św. Pawła!

Zyg. Kras.

W tych kilku słowach masz całą duszę moją i przeznaczenie.

113. Do Anny Ankwiczowej

(Wenecja, wrzesień 1835)

Żem w Iszlu szukał Henriettas Stelle, zaświadczyć mi mogą wszystkie echa, co odbiły moje grzmiące kroki, wszystkie drzewa, które pokaleczyłem, wdzierając się wzwyż i staczając się na dół, wszystkie kamienie, które postrącałem w przepaść, wszyscy włościanie, których się pytałem o drogę, a którzy mi jej nie przekazali. — Trzy dni szukałem — i to miejsce było dla mnie jak ognik latawiec po trzęsawiskach, co usuwa się dalej coraz i dogonić go nie sposób. Wreszcie stało się, żem znalazł dnia trzeciego. Stolik doktor Gotz zabrał, dwie ławki tylko zostawił — i stoi jawor z literami A. H. na korze swojej. Pod jego dopóki mój pojazd nie nadjechał a wtedy pożegnałem drzewo ono, ślad dawnych cierpień i marzeń młodocianych, cichych, które niczem są dla świata, a znaczą może wiele w niebie, i puściłem się dalej, ku Salzburgowi. Teraz jestem w Wenecji, w Wenecji mojej kochanej, własnej, której nikt mi nie odbierze. Pływam po morzu w rybackich barkach, obwisłych żaglami, lotem od Piazza do Molo i Chiesa i dalej; barka sunie bokiem po wodzie, wiatr pcha ją mocniej od pary i żyję życiem, które kocham.

Za kilka dni udam się ku Rzymowi. A Panie gdzie jesteście? Czy w Wiedniu, czy w Miechowie, czy w Krakowie? Ja myślę, że w Ober-Braunerstrasse. — Czas jest cieniem wspominałem sobie salon Pani, piękny, księżyc po nocach świeci, a wtedy Wenecja staje się światem duchów, światem prorokiem tego, który kiedyś nadpłynie ku nam i porwie nas w swoje fale, błękitniejsze jeszcze, bardziej szklarnie jeszcze, niż szyby Adriatyku, niż niebo Włoch. — Ale to dla niektórych tylko, bo dla innych będą tam dziksze skały i potężniejsze burze, niż bywały tutaj. Nad Wenecję nic nie znam świętszego, piękniejszego. Jej milczenie wymowniejsze, niż wszystkie karety i bruki, o których Descar marzy. A cóż się stało z tym bohaterem bojaźni, z tym mazaczem herbów własnych? Kiedy gdzie zobaczę garkuchnię, wtedy jego postać staje mi w pamięci etc. etc.

Ale przypomniałem sobie: należy hołd złożyć i myto za przejście Alp, podatek u wejścia do Włoch zapłacić pannie Henriecie. Inaczejby mnie dalej nie puściło ni morze, ni niebo Włoch. A zatem płacę, złą monetą pewno, ale proszę darować, bo wyjeżdżam z Austrii. Moje uszanowanie p. Hrabiemu. Przypominam się pamięci p. Marcjanny136. Kilka razy sięgnąłem ręką po mgłę, przesuwającą się nad moją głową na skałach Tyrolu, by z niej zasłonę śnieżystą jej utkać na dzień strasznego sądu zakonnych obłóczyn, ale mgła przeleciała; może i jej zamiar przeleci. Upraszam o wiadomości o sobie i swoich, a teraz żegnam i proszę wierzyć temu, co kilka razy powtarzałem, o wdzięczności całego serca mego. Pani Hrabiny najniższy sługa

Zyg. Kras.