P. Danielewicz składa uszanowanie swoje.
Mój adres: Rzym, Torlonia.
114. Do E. Jaroszyńskiego
Wiedeń, 1835 r. — dnia 10 decembra137
Drogi Edwardzie!
Padłem na kolana i podziękowałem Bogu, kiedym przed kwadransem list Twój z 24 now[embra] odebrał. Zdało mi się, że coś jaśniejszego, lepszego stało się na świecie, że wiosna jakaś niespodziana wróciła. Bo trza Ci wiedzieć, że smutne, okropne wiadomości się rozchodziły, tak okropne, że już tylko pomoc w Bogu zdawała się zostawać, że po nocach żal ciężył mi nieznośnie na sercu że po nocach widywałem straszne miejsca straszne, ostateczne sceny, że wtedy jeden ratunek był mój w modlitwie, jeden ratunek chodzić do kościoła św. Szczepana i msze kazać odmawiać, jakby już za duszę, co odleciała, za istotą, z którą wieczny, straszny rozdział nastąpił! Oh, przez Ciebie ja wróciłem znowu pod te ciemne arkady gotyckie, dla Ciebie, od dawna rozbratany z śpiewami, z obrzędami, z temi gromnicami wśród ciemności, poszedłem przed ołtarze. Bóg widzi, żem szczerze się modlił, żem silnie ściskał dłonie w niewymownym żalu, żem Go prosił, jak dziecko, co krzyczy i krzyczy, i chce koniecznie czegoś! Chwała Jemu, chwała Bogu — Bogu, że rozśmiały się niebiosa, że przynajmniej otucha się znalazła, że nie ma tego przedziału, gorszego od śmierci, w którym wie serce o drugiem, że bije, a choćby pękło za nie, pękłoby samo, nadaremnie.
Są smutne pasma życia, są dni stroskane na świecie, są położenia, w których dusza odpycha, jak może, ciało, by jej lepiej było po rozerwaniu łączących tasiemek; ale są też chwile zbawienia, chwile uniesienia i dziękczynień dla tej miłości, która strzeże i z toni wyrywa. Im toń głębsza, tem akord wesela, co z niej wychodzi, potężniejszy, anielszy. Taki ja usłyszałem dzisiaj!
Słuchaj! Ty chcesz wciąż mi dowieść, że ja dobry byłem dla Ciebie a Ty nie dla mnie. Porzuć te dowodzenia, nie możesz w nich tylko sofizmami postępować. Powtarzam Ci, żeś Ty był dla mnie nie po ludzku dobrym, ale po anielsku, że żadnej równości w tem nie istnieje między nami, że ja czuję w tem całą niższość moją. Myślą, zapewnie, i sercem kochałem Cię mocno, wielce, tak, jak wypaść musi z mojej natury niezimnej, ale czynami nigdy! Czynem Ty mnie kochałeś, Ty mi tysiąc dowodów dałeś; co są w porównaniu Twojego położenia moje okoliczności?... Choć na brzegu przepaści choć na progu śmierci, ruszałem się wolno, niepodlegle: nie ciężyła przyszłość nade mną ponura. Żyłem cały namiętnością, ogniem, który mógł zgasnąć wprawdzie, ale z własnego popędu, w jednej chwili. Cóż dziwnego, że w takim stanie mogłem myśleć o Tobie, ale Ty żeś o mnie myślał — o, Boże, pobłogosław mu za to na wieki! Nie mógłbyś wynaleźć innego adresu, przez który mógłbym pisać do Ciebie? Mam w tem pewną przyczynę. Może oskarżysz mnie o podejrzliwość, ale to jest tylko chęć odsunięcia pokusy; na co kusić ludzi a potem na nich się skarżyć?
Dzień 16 nowembra był dniem śnieżnym, ponurym, z tych dni nieśmiertelnych, które nigdy w pamięci nie wymierają, z tych dni zabijających, stanowczych, które odmieniają postawę, twarz, ruchy człowieka, a w duszy jego coś niszczą, przetwarzają, z tych dni koniecznych, w których objawia się siła przeznaczenia, jakby siła jaka natury ślepa, ogromna, bez ale!... Ten dzień przeszedł mi nie w Wiedniu, ale w jego okolicach. Ten dzień przeszedł mi, jak sen, a został się we mnie, jak męka. Kiedy pomyślę o nim, zda mi się, jakobym widział rusztowanie i słyszał ostatnie namowy księdza. Po tym dniu życie moje stało się bryłą granitu: ni mchu, ni rosy! Po tym dniu spotkałem się z p. K...; był u mnie, mówiliśmy o Tobie, mówiliśmy o rozmaitych zresztą, a bardzo obojętnych rzeczach. Byłem spokojny; on nie wie, co we mnie się działo tego pewny jestem! Potem on pojechał, i jechał tak wściekle prędko, że dogonił to, za czem gonił nadaremno, i znów obserwował ten drugi przedmiot ciekawości we Lwowie. W tem podobny do podróżującego anatomisty, co w jednem mieście jednego, w drugiem drugiego trupa egzaminował, a o duszy, co z nich wyszła, nic się nie dowiedział. Ta dusza, Edwardzie, obleczona cieniami śmierci, gdziekolwiek ona jest w tej chwili, proś za nią Boga i umiłuj ją. Ta dusza z dwóch części się składa, z dwóch serc wyzionięta, i teraz już jednością w wieczności! Chwila, kiedy opuszczała ciało swoje, straszną była, — straszną, powiadam Ci!
Ach, gdzież to drugie ciało, opuszczone, martwe? Gdzie ono w tej chwili? Ty je ujrzysz, Ty odmówisz modlitwę wspomnień nad niem, Ty je pobłogosławisz, nieprawdaż?... Ale dość o sobie! To nawet za wiele, w tem egoizm mój!