140. Do Konstantego Gaszyńskiego
Wiedeń, 1 kwietnia 1838
Mój drogi! Dzięki ci za Twój list, za Twoją troskliwość. Ty wiesz, czasem napadają mnie dnie, tygodnie, miesiące całe takiej smętności, że wtedy, do niczego niezdatny, i do kochanych nawet przemawiać nie umiem. Mój powrót bliski rzucił mi na duszę zasłonę z krepy czarnej. Dziesiątego maja wyjeżdżam stąd, pierwszego czerwca stanę w Opinogórze, tam, gdzie przed dziesięcioma laty byliśmy razem, Ty i ja, dziećmi prawie jeszcze oba, nieświadomi srogiej przyszłości, wiszącej wtedy już nad nami jednak, jak ów miecz sykulski — i ten miecz padł i rozdzielił nas, rozdzielił, Konstanty, daleko, daleko! Ah kiedyż się zobaczymy? Czy raz jeszcze ściśniemy sobie ręce na ziemi? Z daleka czy z bliska, zagranicą czy w kraju, wierz, że moja dusza nie przestanie nigdy wspominać ciebie i myślą latać do Aix Twoich. Ile razy będę mógł, przeszlę Ci indirecte cokolwiek pieniędzy i napiszę; pamiętaj nigdy mi o nich nie wspominać! Pisz rzadko i po francusku, podpisuj się A. G. zamazanemi, pisz o rzeczach, zupełnie niewychodzących z prywatyzmu, bo inaczej mógłbyś diable mi zaszkodzić. Raz na zawsze pamiętaj więc o tem! Konstanty także cię ściska i żegna. Oh, to słowo: „Żegnam cię” ma w sobie coś zatrutego. I tak byliśmy przedzieleni, teraz będziemy odmurowani jeden od drugiego. Bądź co bądź pamiętaj, żem Cię kochał szczerze i że nie powinieneś nigdy zapomnieć o pierwszym przyjacielu, którego miałeś na wstępie do życia! Bóg mi świadkiem, łzy mi w oczach, łzy gorzkie stoją. Chciałbym przynajmniej rękę Ci uścisnąć.
Bądź szczęśliwy, o ile ziemia obca kwiatów Ci przynieść zdoła. Szukaj pociechy w świecie ducha, bo w innym prawdziwej nie znajdziesz! Prócz idei, wszystko, odbywszy krótki swój taniec, znika. Kształty, najtwardsze na pozór, są tylko chmurami, co za lada powiewem omdleją na niebie; ale serce własne jest czarą, z której pić możemy szczęście — szczęście wzniosłe, idealne, szczęście cnoty i piękności. Koło tej czary niech zawsze świeci jasno, złoto obrączka sumienia! Duch wtedy wyglądać będzie, jak owe geniusze Fidiasza, nachylone nad greckimi puchary.
Weź błogosławieństwo przyjaciela, weź je! Każda dusza ma prawo drugą pobłogosławić w godzinie uroczystej rozstania, kiedy nie wie, dokąd idzie i na jak długo. Ja nie wiem, dokąd, nie wiem, na jak długo. Weź zarazem i uścisk serdeczny!
Twój
Weksel ten jest na Marsylią, na bankiera Pascala. Odpisz mi jeszcze zaraz tutaj, a ja, wyjeżdżając, raz jeszcze Cię pożegnam.
141. Do Henryka Reeve’a
Wiedeń, 12 kwietnia 1838 r.
Drogi Henryku!