A z stron obu pływamy tak zimno i ciemno,

Że każdy, płynąc, woła: „Przekleństwo nade mną”!

Wśród takiego życia bądź mi Ty błogosławiona, coś jedynym tu mi była aniołem! O, wspomnij o mnie, ile razy dasz grosz ubogiemu!

143. Do Adama Sołtana

Salzbrunn, 19 maja 1838

Od kiedym Cię pożegnał, samych doznałem przypadków i nud; do Ołomuńca wiodło się dobrze, ale od Sternberg, pierwszej poczty za Ołomuńcem, ciemna gwiazda górę brać zaczęła. Żebyś dalsze dzieje moje zrozumiał, wprzód pojmij dobrze ten trójkąt zaklęty.

Sternberg — Hof — Lubnik — Neisse174

Moryś tyle mi nagadał o piękności widoku ze Sternbergu, że, wziąwszy tylko fajkę Wąsowicza z powozu, bez grosza w kieszeni, udałem się piechotą naprzód, zostawując w Sternberg, miasteczku, powóz niezaprzęgnięty. Nogi diable szparko mnie poniosły. Widok nieszczególny. Stanąłem, powozu nie ma jeszcze, a więc dalej, w przekonaniu, że oni do Lubnika pojadą, nie wiedząc nawet, że istnieje droga do Hof lepsza. Idę a idę, wtem spotykam dwóch rzemieślników pieszych; pokazują mi ścieżkę, przerzynającą pole i wzgórza, mającą prędzej, niż pocztowa droga, zaprowadzić mnie do Lubnika. Wpakowałem się na ową ścieżkę; przeklęta! Po trzech godzinach drogi męczącej dowiodło mnie do lichej wioski, przy dużym borze, zwanej Lubnik; pewny, że tam Danielewicza zastanę, wpadam co tchu na pocztę. Poczmistrz mnie wita, pyta, skąd; powozu żadnego nie widział. Co to znaczy? Czekam pół godziny, godzinę, półtory — jak ich nie ma, tak nie ma. Poczmistrz patrzy na mnie i pyta mnie o imię z przeproszeniem, dodając, że są rozkazy bardzo ostre rządowe względem ludzi, błąkających się po kraju. Szczęściem przy sobie miałem list z Drezna, kopertą się zastawiam; fajka arystokratyczna z lotną gęsią także mi waloru przysparza; rozmawiając, dokazuję palcem, na którym śliczny pierścionek księżnej Lubomirskiej. Jak mogę, precjoza, które miałem na sobie, używam na świadków, często wyjmuję zegarek; lecz w drugiej kieszeni próżno. Nicem nie jadł, głodnym, ale jakże tu kazać dać co, kiedy nie mam czem zapłacić; cygarów nie wziąłem, tytoniu nie mam: powiadam ci, że zupełnie lichołacko. Wreszcie poczmistrz ofiaruje mi się iść do lasu naprzeciwko mojego powozu, którego istnieniu, widzę, nie bardzo wierzy. Idę. Z pół mili walim, głucho i pusto; wreszcie słychać turkot, pokazuje się jakaś dorożka, w niej ksiądz prefekt ze Sternberga jedzie sobie do Freudenthal; żadnego kocza na drodze nie widział. Poczmistrz wtedy zaczyna mi wkładać w głowę, że mój powóz pewno do Hof pojechał bez wiedzy mego towarzysza, który myślał, że do Lubnika jedzie. Wracamy do Lubnika, proszę poczmistrza, by wysłał sztafetę do Hof. Poczmistrz prosi o pieniądze, przyznaję się do zupełnego ich braku. Wtedy on mi powiada, że chłopczyka z listem do Konstantego pieszo pośle, a to pięć godzin drogi. Siedzę więc na pocztamcie, gorączka mnie pali, oczy bolą, głód doskwiera. Poczmistrz zaczyna ze mną rozmawiać. Widzę, że człowiek wcale do rzeczy, że filozof, artysta na skrzypcach i poetycznego zwrotu myśli. Boże, daruj, żem użył tych jego zalet na wybrnięcie ze złego położenia: powiadam mu, że jadę do Salzbrunn, że tam jest kuzynka, z którąm się wychował, śmiertelnie chora, że może te godziny, które tracę w Lubniku, pozbawią mnie ostatniego uścisku jej ręki. Niemiec słuchał uważnie, Niemiec zaczął się rozczulać. Nim poproszę go o konie i pojazd darmo do Hof, raz jeszcze chciałem spróbować, czy też Konstanty nie domyślił się i z Hof do Lubnika nie zawrócił. Raz więc jeszcze, fajkę Wąsowicza w zakład powrotu zostawiwszy, idę do lasu, tam się kładę pod sosną i słucham dalekich szelestów. Dzięciołów dwadzieścia naokoło stuka w pnie drzew, fura czasem chłopska się przesunie, czasem pieszy podróżny przejdzie, ale nic więcej. Leżałem z godzinę, przeklinając ślepy ten przypadek, jak mazur spod ciemnej gwiazdy. Wilgoć ziemi zwiększyła gorączkę, napadły mnie najdziksze marzenia, rodzaj jakiejś delirium. Pamiętniki diabła na pamięć mi wróciły; zaczęło mi się wydawać, że jakiś diabeł także szydzi ze mnie, że Danielewicz gdzieś daleko pojechał, że sam tu zostanę. Jeszcze raz pół mili boru przeszedłem, nic nie spotkałem; ciemno się zaczyna robić, kręci się w mózgu od czczości. Wróciłem do Lubnika. Mój poczmistrz się rozbierał już; proszę o szklankę wody, wypiłem i zaczynam znów gadać o mojej umierającej; zdaje mi się, żem sam w gorączce uwierzył, iż ktoś umierający na mnie czeka. Wtedy poczciwy ten człowiek kazał zaprząc do dorożki pocztowej dwa konie, dał mi pocztyliona, okrył mnie swoim starym płaszczem, bo zrywała się burza i, ufając mojemu słowu, puścił mnie czarną, jak dziegieć, nocą do Hof. Droga od samego diabła, po górach i lasach, bez szosy, wśród ciemności tak grubych, że można by krajać je nożem. Do tego wiatr prawie mroźny, deszcz, niespokojności, głód i ból w oczach nieznośny. Jedziemy, jedziemy krok za krokiem dobre trzy godziny; około dwunastej w nocy dostajemy się do szosy, pocztylion zaczyna ruszać, pewny swego. W największym pędzie, nic nie mogąc rozpoznać, zjeżdża w rów głęboki i jedną razą czuję, bo nie widzę, czuję, że mnie diabły jakieś przewracają; padam szczęściem na krzyże, nie na głowę, ale okropnie, bo na kamień, a kolaska w drobne kawałki. Zrazum myślał, żem na dwoje przełamany, wygrabuję się spod szczątków dorożki, staję na nogi; wtem jak iskry zaczną mi się sypać przed oczy, potem sino i blado się robić, słowa ani wymówić, i padłem zemdlony, jak długi. Pocztylion, także w głowę i ramię mocno stłuczony, ocucił mnie. Porwałem się, słabość przeszła. Rozśmiałem się i, konie wyprzęgnąwszy od ruin kolaski, piechotą walimy do Hof. Na poczcie dowiadujem się, że Danielewicz wrócił do Sternberg. Wtedy mnie już rozpacz wzięła, bo przeczuwałem, że stamtąd do Lubnika pojedzie, a ja w Hof. Zaraz jednak sztafetę wyprawiłem do Sternberg, i teraz mi łacniej szło, bo byli widzieli mój powóz, a zatem pewni byli zapłaty; i poszedłem do lichej austerii, gdzie, wypaliwszy fajkę knastru, wziętego od hausknechta, zasnąłem. Nazajutrz rano Danielewicz, jadąc o trzeciej do Lubnika, z moją sztafetą się spotkał i pospieszył do Hof. Możesz sobie wyobrazić, jak był niespokojny, a jak się uradował, zastawszy mnie w łóżku w austerii. Choć mocno rozbolały, zaraz puściłem się w drogę. O dziesiątej w nocy byłem na granicy pruskiej, gdzie niemiłosiernie nas przetrzęśli i, cukierki Wąsowiczów za kontrabandę uważając, kazali cło płacić, równie jak za wiele innych rzeczy. Do Nissy przyjechaliśmy o czwartej z rana wczoraj, potem cały dzień jechaliśmy drogami najgorszemi, a o czwartej z rana dziś stanęliśmy w Salzbrunn.

Mój drogi Adamie! Całąm drogę myślał o Tobie i tęsknił za Tobą. Kiedyż się zobaczymy? Liczyłem dnia godziny i chwile wieczoru, domyślając się, co robisz i gdzie jesteś o każdej z nich. Uściskaj ode mnie serdecznie Generała i podziękuj mu jeszcze raz ode mnie za jego dobroć i przyjaźń175. Księżnie stopy ucałuj ode mnie, a teraz do jutra bo mnie oczy mocno bolą!

20 maja. Wczoraj wieczorem poszliśmy z Konstantym do Fürstenstein, zamku starego, o milę stąd. Przystęp doń okolony gęstym, głuchym borem, przypominającym okolice, które zwykle opisuje Jean Paul. Nagle stajesz nad głębokim, przepaścistym jarem, w dole strumień huczy, boki spadziste, nastrzępione jodłami; pośrodku jaru wznosi się opoka, równie odległa od obu brzegów, na niej gniazdo arystokratyczne grafów Hochbergów, zachowane w całości, zewnątrz i wewnątrz. Wejdziesz bramą na dziedziniec, tam mury ostrołukami podparte, na kształt nerońskich gmachów: z jednej strony sam zamek mieszkalny z wieżą, z drugiej wieża więzień, połączona ze skrzydłem pierwszem arkadami, a od czwartej strony mały mur tylko, nad przepaścią, i widok na jar, na bory, dalej na wzgórza, dalej na góry Czech. W zamku wszystko, jak 1500-go roku było. Ciasne ale poważne komory, wszędzie gobeliny, kantorki, wykładane szyldkretem i weneckiemi zwierciadły, ogromne krzesła, obite robotą, tkaną dłoniami pań średnich wieków, pań zadumanych, samotnych, bo mąż lub ojciec gdzieś daleko walczy, chyba paź młodziuchny siądzie na stołeczku u stóp haftującej i powiastką ją rozweseli. Pokój sypialny, szerokie łoże za kotarą srebrną, okropnie ponuro; tam znać nie kije, ale ostrza puginałów po rękojeść w serce brali kochankowie. Po korytarzach pełno obrazów zblakłych, blade twarze niewiast i mężczyzn; muszą one o zmierzchu odrywać się od płócien i wlec się po zamku, dopóki kur nie zapieje. I ujrzałem tam obraz Leopolda cesarza: siedzi Niemiec na tronie, tłoczy stopami nagiego Turka, w głębi Minerwa i stoustna Fama, lecz nigdzie Sobieskiego nie widać. Już w XVII wieku, znać, sprawiedliwość umiano wyrządzać Polakom. Wdali schody i schodki, zawroty i podziemne przechody, któremi niewidzialno z zamku do lasu można uchodzić.