Ze szczytu wieży więzień, nad kaplicą, widok ogromny, cudnej piękności. Jar stamtąd, już szczerą otchłanią się wydając, ciągnie ciebie: rad byś rzucił się w jego głębiny. Co tylko zajrzysz okiem, czy lasy, czy wsie, czy góry, czy pola, wszystko do pana zamku należy. Okrągłe ramy z gór sinych opasują ten obraz. Widać niedaleko za gęstwiną nowy zamek Fürstenstein, stawiany w XVIII wieku, podłej architektury w porównaniu z gotycką starego, przeznaczony na mieszkanie cesarza rosyjskiego. I stojąc na szczycie tej wieży, o Adamie, wpadłem w głęboką, w nieskończoną smętność. Żal mi było upłynionych wieków, żal tych ludzi, okutych w żelazne zbroje. Oni mieli wysokie pojęcie piękności, na wzór orłów obierali sobie szczyty na mieszkania. Wzrok ich zasięgał daleko, a każdy, patrząc na poddane ziemie, mógł pomyśleć, że przed tysiącem lat przodek jego, o takiej samej wieczornej godzinie, z równą dumą, spoglądał z tego samego miejsca na tę samą okolicę. Myśl ich nabożnie zwraca się ku niebu; arkadami wiązali swe dumy w sklepienia, w westchnienia ku lepszemu światu, a na tym dokazywali orężnie i dziarsko, lekcy w ciężkich pancerzach. Zazdroszczę im, zazdroszczę! Wiem i wierzę, że świat, że ludzkość musiała się wydobyć spod tych mostów zwodzonych, musiała się rozsypać i ziemię pokrajać na małe zagony, by kiedyś każdy był wolny i pełen godności; ale, kiedy cała godność tysiąców skupiała się w jednego wodza, jakżeż ten wódz mógł być wielkim i dumnym! Dziś tego już być nie może. O, daj mi kochankę w takiem ustroniu, w takim zamku, niech choć jedną noc z nią przebędę w tych komnatach gotyckich, niech od wieczora do ranku marzę, iż jestem częścią przeszłości, a nie teraźniejszej doli poddanym, niech ona będzie panią zamku tego przez całą noc jedną tylko, a nazajutrz puszczę się z mężniejszem sercem tam, gdzie iść muszę, tam, gdzie ja sługą będę!

Patrz, jak zamarzyć się może dusza, jak śnić na przekór rzeczywistości! Boże! Pewno, wiele cierpień spłynęło na mnie z powodu wijących się ciągle mar w wyobraźni mojej, ale też nieraz wśród tych widziadeł doznałem szczęścia. Wczoraj, Adamie, mimo niespokojność, mimo tęsknotę, panowałem z tej wieży całej dolinie: mój surdut w kolczugę się przedzierzgał, nie kapelusz, ale hełm przytykał mi do skroni, i patrzałem na drogę daleką, kędy jechać ma ona, i zapraszałem ją do tego zamku. Działo się to wszystko 1500-go r. Dziś znów, 20 maja 1838, deszcz pada, w bilard gram z Danielewiczem. Przyznaj, żem długą drogę przebył od wczoraj wieczór; ślad jej zapisuję tutaj w Twojej pamięci.

21 maja. Danielewicz się wścieka, widząc mnie smutnym. Gram z nim cały dzień w bilard i szachy. Jemy pruskie gołąbki i mizerię i bez smażony. Monarchia pruska daleko niżej stoi od Austrii pod względem kuchennym. W Austrii lud daleko lepszy i powolniejszy, grzeczniejszy. Tutaj landwera każdego golibrodę przemieniła w bohatera, każden wieśniak nosi furażerkę wojskową, a kiedy pytasz go się o drogę, dalibóg, wielkie szczęście, jeśli ci raczy odpowiedzieć: są to duchowi Moskale. Fałszywem jest wyobrażenie, rozsiane w Europie, jakoby w Prusiech nie wolno było palić tytoniu po wsiach i miastach; wszyscy chodzą z fajkami. Dzieci jedne tylko wieczorem mówią ci Gut Abend, a czasem kobiety, zresztą mężczyźni inni, przechodzą w milczeniu wojskowem, na formę Blüchera starając się wyprężyć. Nad każdym bilardem Fryderyk Wielki na koniu. Wolę Madonny we Włoszech. Wszędzie źle na tym świecie, osobliwie dla Żydów i dla nas.

144. Do Adama Potockiego

Opinogóra, 12 czerwca 1838

Drogi Adasiu! Dzięki Ci za list Twój i za przysłanie dwóch drugich — odebrałem je nazajutrz mojego do kraju powrotu. Dzięki Ci i raz jeszcze dzięki.

Sądząc z słów Twoich, widzę, że się męczysz, żądzom daremnym na pastwę oddany. Radą żadną, jedno współczuciem służyć Ci mogę — jedno żałować z głębi serca, że przetrawisz na próżno wiele sił, które mógłbyś w innym kierunku użyć, jedno prosić Boga, by odwrócił od Ciebie pragnienie tego, czemu stać się nie może zadość; oto masz zdanie rozsądku. Teraz, gdy zapytasz się serca mego, powiem Ci, że czuję wszystko, co Ty czuć musisz, bo może zdarzyło mi się tak samo, jak Tobie, żądać ze wszystkich sił chmur odległych, co miały roztopić się w powietrzu, a nie spocząć na piersiach moich. Wiem, jakie wtedy pustynie wydrążają się w duszy, jaką smętną gorycz zostawia w puściźnie po sobie gwałtowna namiętność; wiem, że miłość do kobiety niejednego zabiła u wstępu do życia, tak, że później już nic innego równie kochać nie mógł. Lecz to losem Twoim nie będzie — być nie powinno: pamiętaj o matce Twojej! Do niej najświętsze wiążą Cię powinności.

Miłość, którąś jej winien powinna wszystkie inne pochłonąć. Jej szczęście Twoim najpiękniejszym celem. Jeśli jej nie ujrzysz szczęśliwą, śmiej się z wszystkich darów, któremi niebo Cię osypało, śmiej się — bo sam nigdy nie doznasz, co szczęście! Dopókim był z Tobą dopókim co dzień mógł spojrzeć Ci w oczy i cieszyć się z ognia szlachetności, który w nich pałał, czasami tylko o Twoją lękałem się przyszłość. Ileś razy przemówił szczerze, ileś razy ścisnął mnie za rękę, strach mnie opuszczał. Teraz daleki jestem, teraz nie mogę już śledzić co chwila Twoich myśli, ni wiedzieć, jakie osoby lub okoliczności Cię otoczą, i teraz nieraz myślę o Tobie z głębokim smutkiem. Wiesz, wiesz, że Cię kocham i taką miłością, co życzy Tobie tego, co najpiękniejszem jest na ziemi: dzielności i cnoty! Masz wszystkie jej zarody. Bóg Ci włożył w piersi najdroższy klejnot: szlachetne serce — nie popsuj dzieła boskiego, nie zapominaj nigdy o tej prawdzie, nie mojej, ale samej swojej, że obowiązek jest najwyższą moralną ideą! Wszystko reszta podległe zepsuciu i odczarowaniu. Obowiązek jeden tylko nosi na sobie cechę wspólną z Bogiem; jest nieodmiennym wszędzie i zawsze, jest wiecznym; przez pojęcie jego duchem już dostajesz się do okręgów wyższych, niż nasze ziemskie nędze, ale przez dokonanie jego sprowadzasz niebo na ziemię na wzór Chrystusa, przymuszasz Boga, by się stał w Tobie człowiekiem. W każdej chwili dopełnienia jego w boską przyoblekasz się naturę. Otóż, drogi mój, czegóż Ci świętszego życzyć może przyjaciel, jak żebyś bosko myślał, czuł i działał? Czyż nie kocham Ciebie wszelką piersią moją, kiedy przenoszę ducha Twego piękność nad marne ciała Twego rozkosze, zyski lub korzyści?

Lecz i w duchu Twoim mogą być zawady, postawione najwyższemu celowi życia Twojego — mogą być przestrzenie promienne na wzór zórz wschodzących, które zawisną Ci nad sercem i umizgać się będą do Ciebie i nęcić wszystkie uniesienia Twoje ułudą piękności. Niezawodnie te przestrzenie są piękne, rajskie, boskie także, ale tyczą się egoizmu Twego. Gdyby nie było innych obok nich szczerze radziłbym Ci, byś rzucił się na ich fale i popłynął w nieskończoność snów i marzeń. Lecz wiesz, że inne czekają na Ciebie. Powtarzam raz jeszcze: Ty wiesz, że masz matkę; poświęć jej ten pożar, wrzący w duszy Twojej, bo inaczej on za wcześnie Cię zniszczy, a kiedy matka później zażąda od Ciebie pomocy, podpory, Ty sam będziesz takiej potrzebował.

Nie mówiłbym Ci tego, gdyby uskutecznieniu Twoich żądz jakikolwiek środek można upatrzyć. Owszem, wtedy bym pierwszy chciał zaprowadzić Cię do ołtarza.