List Twój z d. 26 czerwca wczoraj odebrałem. Jesteś ciągle w tym samym stanie umysłu, żresz się i palisz i, choć Ci to ból sprawia, ten ból lubisz; Ty może byś nie chciał się zgodzić na jego ustanie. Taką jest natura serca bardzo młodego, pełnego sił niestrawionych jeszcze, że pragnie nade wszystko bić gwałtownie, a mniejsza mu o to, czy z rozkoszy, czy z cierpienia. Zwykle dziwny popęd czują młodociane dusze do smętku, do obrazów rozpaczy i burz, miotających życiem, bo w takich położeniach zachodzi wielka działalność, nadzwyczajne tarcie. Jednem słowem Ty może bardziej żyć pragniesz, niż ją kochasz — ale inaczej być nie może. Ja taką uwagę zdołam uczynić o Tobie. Ty mi tej prawdy nie przyznasz, chyba kiedyś później. Jednak z tych słów nie wnoś mylnie, że ja wątpię o Twojej miłości; wcale nie — sądzę tylko, że sam siebie łudzisz. Teraz ją zobaczysz. Cóż z tego będzie? Widok jej zapewne doprowadzi Cię do najwyższego szczebla namiętności i cierpienia, a, kiedy się ona oddali, zostanie tęsknota gorsza, niż wszystkie uniesienia, niemoc niechcenia, pewien rodzaj lenistwa do wszystkiego, niebezpieczny strasznie dla duszy takiej, jak Twoja, która właśnie teraz winna roztworzyć się, jak kwiat, i zewsząd pożywne soki ściągać do swojego kielicha. Ona ma tędy przejeżdżać, gotowe są dla jej matki pokoje, może ją zobaczę — ale nie, ja sam, chcąc, byś był spokojniejszy, wpadam w dzieciństwo. Czegóż Ty się możesz spodziewać? Kto wie, gdyby dzisiaj jaki anioł cudowny zleciał z niebios i wziął Cię za rękę i zaprowadził do kaplicy fantastycznej, gdzie by ona już przed ołtarzem czekała na Ciebie, kto wie, jeszcze raz mówię, czybyś się nie cofnął w głębokiem przekonaniu, że nie na to roztwiera się życie przed Tobą, byś je u samego wstępu zamykał. Zresztą, raz podobno Ci mówiłem, że możesz niezmiernie uszlachetnić i na rzeczywiste uczucie zamienić tę zmorę, która Cię trapi, a to przejęciem się myślą i wolą strzeżenia jej moralnie, opiekowania się moralnie losami jej całego życia, w jakiekolwiek położenie wprowadzi ją przeznaczenie. Zamień kochankę na siostrę, a będziesz spokojny i nie zaprzestaniesz kochać. Tylko Twoja miłość czystą będzie zupełnie. Jam nigdy siostry nie miał, ale myślę, że piękniejszego stosunku nie ma na ziemi od tego, co zachodzi między bratem a siostrą. Myślę, że taka miłość jest wyższym ideałem, niż wszystkie inne, do których zwykle mieszają się ułudy zmysłów lub fałsze rozumu.
Zaprawdę Ci mówię, że będziesz jeszcze kochał, będziesz, o, będziesz — i, kochając, sprawisz nieszczęście tej, którą ukochasz; bo zwykle ludzie podobnego charakteru do Twego, miasto szczęścia, przynoszą żałobę w progi tej, którą ukochali. Nigdym nie widział, nie słyszał o namiętnych miłościach, którym by błoga gwiazda świeciła. Jej uskąp takowych darów — jej przeznacz to, co masz najlepszego w sobie. Daj jej przyjaźń męską, trwałą, poważną, a tysiąc okoliczności nasunie się w ciągu życia, w których będziesz mógł zostać czemsiś piękniejszem, niż jej kochankiem lub mężem — jej aniołem stróżem.
Mój drogi, pragnę z serca, byś lepszych doznał kolei ode mnie. Życzę Tobie, byś zachował wszystko, com ja stracił. Dlatego tak usilnie się staram odwrócić Twoją duszę od zgubnego kierunku, na którym może ona spotkać się z boskiemi chwilami, ale też niezawodnie w końcu z obszarem głuchych ciemności. Chciałbym Cię jak najprędzej ujrzeć mężem (vir), to jest człowiekiem potężnej woli, świętych i rozumnych celów, zdolnym do przetwarzania się w sobie samym na coraz wyższą skalę, przekonanym, iż wszystko na świecie ustąpić powinno idei powinności. Do takiego stanowiska niepodobna może dojść bez walk rozdzierających i długich, bez krwawych doświadczeń. Otóż moim snem o Tobie jest, żebyś od razu osiągł wysokiej godności człowieka, a nie przechodził przez nędze i troski, któremi ocierniona droga, wiodąca do niej. To snem nazywam, bo to prawie niepodobnem jest nawet do przypuszczenia, ale darujesz mi go, bo to sen przyjaciela.
Proszę Cię, dostań sobie dzieł następujących i przeczytaj je: Herdera Ideen po niemiecku; Conquite de l’Angleterre par les Normands par Thierry; Micheleta wszystkie dzieła, a szczególnie Histoire de France i Histoire Moderne; Cours d’Histoire de France par Guizot; Discours sur l’Histoire Romaine et les barbares p. Chateaubriand; De la grandeur et décadence des Romains p. Montesquieu; De la démocratie américaine par Tocqueville — a jeszcze jaśniej stanie przed Twoją myślą obraz ogromny przeznaczeń ludzkich, prowadzonych opatrzności rozumem do dalekiego celu dobra i piękności. Tam się przekonasz, iż wszystko zrazu wydaje się przypadkiem, ślepym trafem, złem, ironią, podłością, lecz z tego chaosu stopniami wydobywa się porządek i świątobliwe przeczucie dobrego — wreszcie dojdziesz do tej prawdy, iż wszystko dzieje się duchem, przez duch i w duchu, że materia jest raczej złudzeniem, że złe na tym świecie jest najokropniejszym fałszem i że tylko dobre, sprawiedliwe i piękne jest rzeczywistością, coraz bardziej podrastającą i wzmagającą się. Wtedy padniesz na kolana i podziękujesz Bogu za tę pewność, Jego palcem wyrytą na kartach historii. Historia jest sumą wszystkich działań ducha ludzkiego, z której się wykazuje, że to, co Bóg myśli na szczytach niebios, to samo ludzie pomyśleć, pojąć i uskutecznić muszą na ziemskim padole.
Każdy z nas jest obrazem Boga na ziemi. Od lat tysiąców to Pismo św. wyrzekło, po lat tysiącach to samo z doświadczenia historii wypada. Biada tylko temu, kto ten obraz psuje lub niszczy w sobie. On przestaje być rzeczywistością, staje się marnym cieniem, staje się nicością.
Kiedy dojdziesz do przeświadczenia się gruntownego o tem, co twierdzę tutaj, nabędziesz wewnętrznego pokoju i zewnętrznej powagi. Staraj się więc jak najrychlej własną myślą przeniknąć te głębie. Bądź mi nurkiem, co rzuca się w morze trudu, by perłę wydobyć. Wiem, że od tej drogi niepodobna, byś tysiąc razy nie odskoczył, nie zboczył, nie zbłądził na stronę — ale przynajmniej pamiętaj, gdzie droga leży, by świat nie został pustynią nieodgadnioną dla Ciebie.
Wierz mi, że Ci dobrze radzę — a teraz Cię ściskam z całego serca. Pisz do mnie, kiedy Ci tego potrzeba i ile razy Ci tego potrzeba.
Z. K.
Matce Twojej najgłębsze moje uszanowanie. Frusia ściskam i Galetowi kłaniam. Pułkownika ściskam. Zdrowie moje źle idzie — osobliwie oczy — trudno mi długo pisać lub czytać.
11 lipca