Do 11 lipca ten list leżał w moim stoliku, bo chciałem Ci coś o niej donieść.
Widziałem ją180 kilka razy i dość długo za każdym razem, a choć nie mówiłem z nią, bo wiesz, że z pannami nigdy nie rozmawiam, przekonany jestem, że musi być bardzo dobra i słodka. Niezaprzeczenie także i piękną jest; pełna do tego prostoty i niewymuszoności, czem o całe niebo przeważa nad „boską” Julią181. Jej siostra wydała mi się piękniejszą — najśliczniejsza zaś ze wszystkich jest maleńka182 — oto żona dla Ciebie w przyszłości. Zachowaj się dla niej; przenieś od dorosłej miłość swoją do dziecka, które niezadługo podbieży w górę i stanie na równi z Tobą wtedy, kiedy będziesz panem wyboru i działania. Jeśli późniejsze rozwinięcie jej wdzięków nie zaćmi, będzie to anioł, nie kobieta. Sama pani, której starałem się dać wysokie o Tobie wyobrażenie, mówiła mi, że jedzie teraz do Karlsbadu, a potem do Toeplitz. Wspominała też o Maurycym z wielkiemi pochwałami, na co jej tak powiedziałem: „La différence, qui existe entre Maurice et Adaś est que Maurice est un homme, qui est enfant, et Adaś un enfant, qui est homme183”. Ale nie myślę, by moje słowa wiele ważyły u niej. Teraz bądź zdrów i napisz do mnie. Jutro wyjeżdżam stąd na wieś — i daj Boże, bym tu nigdy nie wrócił.
Zyg.
146. Do Adama Sołtana
Gdańsk, 12 sierpnia 1838
Przyjechałem tu wczoraj, a jutro wyjeżdżam na powrót do domu. Interesa mojego folwarku pruskiego184, wymagały przysięgi. Odebrałem Twój list ostatni. Dzięki Bogu, że Colonnelo i Chevalier już przybył. Swatać mnie chcesz z jego córką. O, mój Adamie, to słowo „swaty” brzmi w moich uszach na podobieństwo tego drugiego: pogrzeb. Nie możesz sobie wyobrazić do jakiego stopnia rozdrażnienia doszedłem pod tym względem, jakie życie moje codzienne w domu, jak czuję, że zabijam mojego ojca i jak nawzajem sam zabijany jestem. Stałem się uosobioną troską i tęsknotą. Chory jestem na umyśle, na sercu być może, nie przeczę, sam to czuję; ale ta choroba z najlepszych sił mnie ogołaca, ssie mnie na kształt raka i w tęsknotę niczem nieskończoną pogrąża, a leczyć się nie potrafię. Zresztą, mój Adamie, jestem z tego gatunku ludzi, którzy dostali przenikliwy wzrok na wszystko co czarne i smutne. Coraz bardziej ogarnia mnie smutek, coraz bardziej przekonywam się o prawdzie słów moich, do księżnej pisanych, że prócz Boga nie ma podpory ni nadziei na wszechświecie.
Teraz wracam do domu, za dziesięć dni pojadę do Litwy, potem nie wiem, jak się obrócę. Zresztą wszystko mi jedno, w chacie czy w pałacu zawsze będę chory, do niczego niezdatny; przeklęte oczy moje, które mi nigdy nie dozwolą żyć na zewnątrz, jedno wewnątrz gryźć się i męczyć przymuszają.
Pisz rzadko, Adamie, bo ledwo mogę czytać pismo czyje, bo ledwo sam pisać mogę. Zdaje mi się czasem, że jakaś nieskończona ciemność zaczyna się roztaczać koło mnie, że tysiąc tysięcy pająków wiją nici cieniutkie, a jednak widnokrąg od nich ciemnieje; czasem znowu duże plamy czarne, czerwone, żółte, jak chmury, płyną koło skroni moich; oganiam się, ale to mało pomaga.
13 sierpnia. Zdaje mi się, że jest prawem stworzenia, iżby człowiek coraz bardziej smętniał, im dalej postępuje w życie. Zrazu tęcze się snują, przewodniczki nadziei, potem prysną, zwodnice, i, coś mienił światłem, w deszcz się przetwarza; później i deszczu już nie znajdziesz nigdzie, choćbyś kropli jego rad z chustki wycisnąć i nimi usta odwilżyć, będzie pogoda szara, sucha, pod nogami piasek, mgła nad głową, i w mgle utoniesz na wieki.
Gdańsk, miasto stare, piękne, gdzieniegdzie podobne do Wenecji. Nikogo tu nie znam, chodzę po ulicach, a nieznośnie mi ciężko, tęskno, niedobrze; w rzeczy samej schorzały jestem. Addio, mój drogi. Córce Twojej mnie przypomnij. Montlearowej moje uszanowanie. Addio, addio.