Zygmunt.

148. Do Adama Sołtana

Linz, 9 novembra 1838

Przejeżdżając tak blisko Wiednia a nie mogąc Cię uściskać, niech Cię przynajmniej powitam kilką słowy, niech Ci powiem: „dobry dzień”. Coś mi w sercu nad miarę tęskno, żem tak niedaleko od Ciebie, a z Tobą nie będę; z wszystkich sił chciałoby mi się uściskać Ciebie. Wleczemy się diable wolno. Dopiero od dwóch dni zaczęliśmy nocami jechać. Zdrowie mego ojca nieszczególne, a humor także. Oh, dawniej inaczej bywały podróże moje, kiedy serce mi w piersiach biło, jak kopyta koni, i skry takie zeń leciały, i wszędzie w powietrzu rozlany był szał miłości, namiętności, nadziei, zachwycenia. Przeszło — a co przeszło, nie powróci.

Już trąbią na koniu pocztyliony. Bądź zdrów, ściskam Cię z serca, pisz zaraz do Wenecji! Mamy stamtąd do Neapolu jechać na zimę. Powiedz Adasiowi, by do Wenecji napisał także. W kraju coraz gorzej. Addio! Kiedy się zobaczym? Oh, mój Adamie, jakbym chciał przycisnąć Cię do piersi.

Twój.

149. Do Konstantego Gaszyńskiego

Venezia, 18 novembra 1838

Drogi mój Konstanty! Kiedy wzrokiem, skierowanym ku biegunowi, myślą, pochyloną w stronę zorzy północnej, ścigasz mnie, głos mój nagle z łona mórz adriatyckich się podnosi, i woła na Ciebie z głębi pałacu Giustinianich, przerobionego dziś na Albergo di Europa185. Jeszczem pierwszego tego miesiąca był w kraju. Jazdą dwutygodniową, ciągłą, przerzuciłem się na brzegi, kędy kwitnie róża, pod lepsze niebo, które już nie świeci mi nad twarzą kochanki, ani nad bladem licem przyjaciela, bo Konstanty został się w kraju, myśli się żenić.

Mój Boże. Nie wystawisz sobie, z jaką goryczą na nowo ujrzałem te niegdyś dla mnie tak szczęśliwe wody, te pałace, te gondoły; wszystko to teraz, jak grób, stoi przede mną. O, nie wracaj nigdy do miejsc kędy szczęśliwy byłeś, bo w nich już nie zastaniesz szczęścia dawnego, a one wtedy wydadzą ci się trupem, z którego wyleciała dusza, i mniej jednym, cudnym, rajskim obrazem będziesz miał w pamięci życia twego.