Wszystko, co mówisz, Edwardzie, może być prawdą objective, ale nie jest dla mnie subjective. Trybunał mojego rozumu nie może się zebrać i wyroki głosić za mną, tam, gdzie sam przewiniłem: on tylko umie mnie potępić i przebłagalnych domagać się ofiar. Ty nie wiesz, co to pamięć kochanej, połączona z wyrzutami, co to jej głos cichy, we wnętrzu duszy szepczący. Jak tylko ludzie zasną dokoła, a ty nie możesz zasnąć, bo i kochasz i lękasz się tego głosu zarazem, i rad byś go zatrzymać, by przez wieki mówił do ciebie, i chciałbyś go odegnać, by pokoju ducha dostąpić... A potem, gdybym choć marzyć mógł, choć oszukać siebie, choć przypuszczać, że się coś dobrego i świętego ze mnie w niej zostało, że ona uwierzyła światom ducha, które jej objawić pragnąłem... Ale nie! Ja myślę, i to mnie nęka, że ona w nadziejach zawiedziona, na szczęściu otruta, teraz przeklina mnie i złorzeczy wszystkiemu, czem ją natchnąć chciałem, czem przez czas jakiś natchniętą była. I dlatego, że to natchnienie widomego kształtu nie przybrało, ona o jego idei samej źle trzyma, ona w goryczy serca zaprzecza moim myślom, dlatego, że moje czyny im dorównać nie mogły, że moje indywiduum oddzielone od niej. Bo dusza niewieścia tem różni się od męskiej, że dopiero przez objawienie prawdy prawdę pojmuje, ale nigdy a priori. One wszystkie podobne Tomaszowi, co ran potrzebował się dotknąć palcem, by sercem uwierzyć w Zmartwychwstanie Pańskie, i dlatego też one są pięknością na ziemi, bo same są prawdą, wydaną zarysami materii, owianą welonem zmysłowości! A to zlanie się melodyjne ducha z ciałem, to zjednoczenie się, to pojednanie się dwóch na pozór sprzecznych pierwiastków, duszę nam potopem ognia zalewa i unosi nas szałem! W mężu nie ma tego tak ścisłego połączenia, zidentyfikowania; duch zawsze górą się trzyma. On panuje i trzyma w poddaństwie ciało — jakby pewną pogardę objawia ku ciału; stąd mniej piękny, mniej prześliczny, ale wielki i spokojniejszy.

Mojej winy nikt względem niej ocenić nie zdoła, oprócz mnie samego: przez niesłychane walki dowiodłem ją wreszcie do nieszczęścia. — Ona przewidywała wszystko, co się stało, ona nigdy nie zapomniała o przyszłości, nigdy pokoju szczęścia nie widziałem w niej, nigdy nie wyglądała na równą mi, ale zawsze na moją ofiarę, poświęcającą się, ale z głęboką wiedzą, że się poświęca. Czyż nie było okrucieństwem walczyć z takim wyrazem jej twarzy, z takiem przekonaniem jej rozsądku, a nie zważać nań — czyż nie było najogromniejszem samolubstwem? Wiem i to, że namiętność ma swój świat własny, na który teraz zapatruję się z sfery mojego rozumu, a zatem wierzę wiarą nie swoją, w to coś, które wtedy wrzało we mnie. Wiem i wiele innych rzeczy jeszcze, ale cóż mi to pomoże? Ją kochałem, a teraz ona smutna i cierpiąca; ona bez nadziei jakiejkolwiek przyszłości, będzie jej przekleństwem niezadługo żyjącą każdego jej dnia torturą, to widmo, które mnie ściga. — Daj, Boże, by się moje przeczucia o niej nie spełniły.

Nie ma tragedyj okropniejszych nad te, co się odbywają koło ognisk domowych! Niby cicho, niby dobrze... Zajrzysz do salonu — zgromadzona rodzina cała; na ich twarzach, nie poznasz nic — wyjdziesz z dobrą myślą, westchniesz, tęskniąc za podobnym spokojem i życiem, a ledwoś próg przestąpił, już oni z krzeseł się zerwali, z ich lica zeszła wszelka powszedniość i cisza; najdziksze, najbardziej jadowite kwasy pryskają im z oczów; rozdzierają się słowami gorzej, niż żelazem; jedni przeklinają drugich! Ale z takowych obrazów ten najstraszniejszy, w którym córka przeciwko matce powstaje. Apage, apage Satanas189!

Otóż kiedy podobne larwy mnie otoczą, i ścisną i dławią, kiedy widzę jej twarz bladą i coraz bledszą, i coraz oczy jej gasnące, i w oddali samotne łoże choroby, samotną śmierć i wyrzucającą matce dzieje przeszłości — córkę; miasto uderzyć ją nożem — wymawiającą moje imię! A to imię odbija się tak żałobnie, tak kamiennie w sercu nieszczęśliwej, i ona sama może doda do niego przekleństwo, lub krzyknie: O, Boże! Czemuś nasłał na mnie tego człowieka! Oh, wtedy, wtedy, wierz mi, piekło staje mi się zrozumiałem, jasnem, widomem, dotykalnem! Na próżno bym z niem się pasował. Ono nie zewnątrz, nie głęboko pode mną, ale głęboko we mnie! Daruj, że się powtarzam, daruj, że Cię może nudzę, bo takie wszystkie uczucia są treścią własnej duszy, ale nie drugich. Koniec więc temu! Ach! Ty bądź zawsze dobrym dla niej (pamiętasz, co Trenta twe wyrzekły: la sua morte sara dura, a kiedym się pytał perche? — odparły: perche è giovane, sensibile e affetionato. Ten dzwon pogrzebny w moich ustach nie przestał nigdy się odzywać).

Życie moje w Neapolu jest dość przykrem: klimat mnie ten zabija. Siedzę, bo ojca nie chcę samego zostawić, a ojcu tu mniej więcej dobrze.

Co do mnie, znam tylko jednych K... Dobrzy ludzie, ale coś suchego w ich domu. Fashion z nich moralne mumie porobił, balsamiczne może, ale wyschłe. Potem życie moje nie może być nie przykrem; ileż razy na dzień, spojrzeniem lub słowem nic nieznaczącem ojciec mi objawia, żem jego nadzieje zniszczył, i że oba samotni jesteśmy na ziemi! Najczęściej wieczór przepędzam u siebie sam jeden; świeca gdzieś za parawanem tleje, myśli moje snują się bez końca, ale nieskończonością goryczy, smutku, wstrętu. Jeśli czasem zjawi się cicha chwila wewnętrzna, twórcza, natchniona, to, cud... cud, który dawniej bywał powszednim chlebem. Już ta natura tak ogromna, tak czysta, tak wdzięczna, nie budzi we mnie braterskich uniesień. Morze darmo huczy i zaprasza — już nie kocham żagli, ni wioseł. — Estetykę Hegla przewracam w dzień, kiedy oczy nie bolą, ale rozum jest kwiatem, który na sercu rośnie; gdy ta rola jego bez rosy ożywnej, on sam zwiędnąć musi! I tak żyję — nie ten, którym bym być powinien, ni ten, którym byłem niegdyś; — będęż innym kiedy? Co we mnie świeżem, niepokalanem zostało, to przyjaźń dla was: dla Konstantego i dla Ciebie! W tem żadnej zmiany, oprócz zmiany wzrostu. Czemuż nie chcesz mi pierścionkowych opowiedzieć dziejów? Kiedyż się zobaczymy, gdzie? Nie odkładaj! Każda chwila stracona już nie wraca! Choć w oddali, żyjmy w spójni ducha! Wynurz wszystko, co składa treść dzisiejszą lub przeszłą Twojego, a jeśli umrę przed czasem, to przynajmniej uniosę z sobą całą duszę przyjaciela.

Zygmunt

Odpisz: Roma, Torlonia.

151. Do Adama Sołtana

31 decembra 1838, Neapol