W wigilią wyjazdu z Rzymu, przed kratami księżnej Stolnikowej, zapoznałem się z Lubomirskim190, który właśnie był powrócił z Neapolu. Pierwsze jego pytanie: „Czyś to Pan przysłał od Sołtana heliotropy żonie mojej?” — A moja odpowiedź: „Nie”. — „Jak to, Pan teraz w Wiedniu go nie widziałeś?” — „Przez Wiedeń nie jechałem nawet”. — To ostatnie go przekonało. Zaczyna mi więc opowiadać, jak przed trzema dniami ktoś wieczorem przyszedł, zostawił, zniknął, etc. etc. mnie, własne moje dzieje. To mnie bawiło. Ostałem się przy mojem incognito. „Kto wie, może sam Sołtan w Rzymie” — powiadam mu. Namyślił się: „Może”. Potem: „Ale nie, on w Wiedniu” — i zaraz mnie prosi, bym przyszedł przed odjazdem zapoznać się z żoną. Przystałem. Cały więc wieczór tam przebyłem przez Corso, na via Laurina, niedaleko od mego mieszkania.

1 stycznia 1839. Rok zaczynam od pisania do Ciebie, by sobie samemu wywróżyć obaczenie się z Tobą w ciągu tych dwunastu miesięcy.

Zapoznałem się z domem Komarów, znasz ich; one mnie mówiły dużo o Tobie. Natalia chora wciąż, nie pokazuje się; Ludmiła tęga postacią i śmiałomówna. Sama matka i domu pani naturalna, uprzejma, ludzka. Już mi wszystkie lampy przysłonili zielonemi umbrelki. Bywam więc co wieczór. Są i kuzynki, i siostry jakieś stare z Podola, są synowie, ogółem ze czternaście osób ten salon zapełnia. Ale wśród nich wszystkich jest dziwna istota, która stoi już za przepaścią, istota, której duszę żywą i silną i prawdziwie wszystkiemi dary, któremi Bóg Polki obdarzył, do najwyższego stopnia obrzuconą, przepsuł Paryż i Londyn, książę d’Orleans, Flahaut, mąż niegodny i próżność fashionu191, najnędzniejsza z próżności. Mimo to jednak zostały w tej duszy iskry, podobne wybuchom wulkanu, kiedy wspomnienie jakie lub silna boleść je rozdmucha; została żądza długa, namiętna, długa, jak nuta własna, przeciągniona przez doskonałą śpiewaczkę, żądza wyższego stanu rzeczy, piękniejszej sfery dla ducha, spokoju jakiegoś promiennego po tylu i obłędach, i prawdziwych nieszczęściach. Kiedy zaś te iskry gasną lub drzemią, nieznośna to kapryśnica, nie mogąca dwóch słów poważnych wyrzec, potrzebująca śmiać się i żartować, by uniknąć strasznej nudy, która ją toczy; podobna znarowionemu dziecku, źle wychowanej dziewczynce, lub Don Juanowi w spódnicy, który wszystkiego doznał i teraz krzyczy: „Dajcie mi księżyc, chcę skosztować czy z księżyca dobry marcypan, bo na ziemi już nic nie ma”. Literatura francuska dzisiejsza zna takie kobiety, cywilizacja dzisiejsza takie płodzi twory; ale w nich jest jakaś nieskończoność bólu, jakaś przyszłość nieodwołalna coraz sroższych cierpień, które mnie przejmują litością. Czy poznasz z tych rysów panią Delfinę Potocką? Nieraz ona mi przypomina... wiesz kogo? Nie wtedy, gdy wpadnie w chwile swoje buffo, ale kiedy smutna serio. Tę samą widzę wtedy nieutuloną rozpacz w niej, tę samą nieudolność do uczucia jakiegokolwiek szczęścia — i ta przekwitłość serca wywiera silniejsze wrażenie na mnie, niż świeżość młodociana, niż szczęście, zdrowie, przyszłość, kwitnące razem na panieńskiem licu. Kiedy widzę istotę, której nie potrzeba pociechy, której życie stoi otworem i którą każdy zrozumie, każdy uśmiechem przywita, zdaje mi się, że ona mnie nie potrzebuje, że ona tysiąc ludzi zdatniejszych do podzielenia czy jej dumy, czy jej bogactw, czy piękności, czy niczem niezatrutej duszy znajdzie; nic mnie nie wabi, nie ciągnie do niej; siedząc na uboczu, lubię patrzeć na jej marsz tryumfalny, jak na piękne zjawisko, ale się nie zbliżam: dość mi na tem, że ta sztuka graną jest przed mojemi oczyma. Tak samo nie czuję żadnej żądzy do arcydzieła jakiego sztuki, nie ścisnę ręki Wenerze Medycejskiej, dość mi patrzeć na nią; myśl moja, nie serce wchodzi w stosunek z takim ideałem. Zupełnie przeciwnie się dzieje, gdy na czyjem czole ujrzę ślad żałobny, wyciśniony kolejami życia; wtedy marzy mi się, że moje słowo lub przyjaźń lub ręki uścisk może w tych piersiach obudzić na nowo życie. Co do kobiet mylę się zapewne, bo one zmartwychwstać nie umieją; ale złudzenie jest mocnem i łudzę się. W tem leży to moje stronienie od panien; jest to natury mojej po prostu układem, tak mnie stworzono.

Przez to, com powiedział, proszę Cię nie rozumiej jednak, by cokolwiek innego prócz litości wiązało się mnie do pani Delfiny. Zrazu kłóciliśmy się okropnie, bo szyi nie chciałem zgiąć przed jej zewnętrznym fashionem; tak się nawet kłóciliśmy, że ona mnie, ja jej dziwnie przykre powiedziałem rzeczy. Ale dopiero, kiedy ton swój paryski odmieniła i szczerze mówić zaczęła, i ja ton odmieniłem, i teraz co wieczór ona smutno, żałobnie opowiada mi swoje życie moralne, a ja słucham i czasem ją cieszę.

Wezuwy (jak mój Jan zwykł mawiać) dziś o dwunastej w nocy zaczął składać powinszowanie miastu chmurami perzyny, której pełne ulice; kłęby dymu ogromne walą z krateru, cały Neapol bieży go z bliska obaczyć.

Zdrowie moje szwankuje w tym klimacie, oczy znacznie się pogorszyły, w dzień nie mogę wychodzić, bo słońce za jaskrawe; dopiero po zajściu jego lub w nocy, gdy księżyc wejdzie, idę na Strada nuova i, chodząc nad tą otchłanią błękitu, marzę o tych, których kocham, a do których mi tak daleko! Twego płaszcza hiszpańskiego tak mi brak na tych brzegach, co tak długo hiszpańskiemi były.

Generał Pepe192 każe Ci serdecznie się kłaniać; jeszcze wczoraj prosił mnie, bym Ci napisał, że dniem szczęśliwym w jego życiu będzie ten, w którym Cię na nowo tu ujrzy. Mój ojciec także znacznie chory, ból głowy, zębów i ran wszystkich prawie konwulsje mu sprawia, a wtedy wznoszą się w mojem sercu jak gdyby wyrzuty, że nie mogę go szczęśliwym uczynić. Ale cóż chcesz! Tak się mam do małżeństwa, jak do klerykatury, żadnego a żadnego powołania nie czuję.

Adasia uściskaj, pani Arturowej złóż moje uszanowanie193. Do księżnej naszej pisałem list w tych dniach. Marysi za pamięć dziękuję serdecznie, a Tobie za to, że mnie krzepisz; prawdę mówisz niedługo wszystko się skończy, niedługo czekać, a będzie odpowiedź, jak mówił marszałek Poniński. I w rzeczy samej, życie od kolebki do grobu jest ciągłem zapytaniem tylko, a odpowiedź grzmi z tamtej strony. Nie wiem, czy marszałek Poniński to samo myślał, gdy wyszedł na korydarz, jednak wyrzekł głębokie słowo. Addio, mój drogi, raz jeszcze i na zawsze drogi!

Twój

152. Do E[dwarda] Jaroszyńskiego