Neapol, dnia 20 stycznia 1839 r.
Drogi Edwardzie!
Jakżeż dobry jesteś — dobry dla mnie! Temi kilku słowy, skreślonemi jej ręką, przeniosłeś mnie w dawne czasy, zmusiłeś serce moje do bicia, już nie doznanego od wieków. Dzięki Ci, bo dusza moja leżała odłogiem, podobna do ugoru spiekłego, na którym każda skiba, gdy się jej dotkniesz, w proch leci. Lepiej, Edwardzie, na tej ziemi doznać wielkiego nieszczęścia, niż wielkiego szczęścia, bo pierwsze, jeśli nie zdruzgocze, jak piorun, sił podda, a drugie z sił rozbierze na zawsze. Żebyś mnie widział, kiedy leżę wieczorami sam jeden w swojej izbie, myślałbyś, że już dostałem się do piekła; nie do owego, gdzie płomień bucha, ale do gorszego, gdzie próżnia nieskończona i brak wszelkiej nadziei i myśli — do piekła dusz, które niegdyś żyły w niebie i poszły na wygnanie potem, i czuję dobitnie w każdej czasu sekundzie, że nigdy do nieba nie zdołają powrócić, bo z nas samych śmieje się niebo nasze, jak nici z pająków. Wszelki zewnętrzny objaw, o tyle tylko nas może unieść i rozradować, o ile w nas jest usposobienie do przyjęcia go w siebie. Inaczej wszystko martwe i głuche! Nie ten golf jest błękitny, ale myśl moja; a dziś, gdy myśl moja szarą się stała, co mi po tych falach?
List Twój do Warszawy przesłał mi tu Konstanty, i zaraz Ci nań odpisałem przez Brody, Winnicę na Tywrów. Portu nie pamiętam, o którym Przeździecki czyli Don Sebastian Tobie wspomina; raz go tylko widziałem w wilią wyjazdu, i jeślim zostawał wtedy, to zapewne dla pokrycia ciężkiego smutku, który mnie rozdzierał. Koło tych samych dni oddałem S. list do Ciebie niezapieczętowany, bo tego żądał trwożliwy szambelan, a zatem pełny metafor, hieroglifów, tyczących się jej położenia. Jeśli Ci go nie odesłał, jak obiecał, to może żona jego skonfiskowała ten list i sąsiadkom go swoim pokazuje. Mądre, jeśli co zrozumieją z mojego stylu! Zawsze jednak, proszę Cię, upomnij się, bom ciężkie głupstwo popełnił, ale z rozpaczy, że żaden list mój nie dochodzi Ciebie.
Są tu K.194 wszystkie zebrane razem, i matka, i córki, i panny, i D. P.195, ale zatraciłem już znaczenie słowa tego „kobieta”! Chodzę często do nich, bo grzeczne i zapraszają. Co chwila mnie nękają dwuznacznemi wyrazy, tyczącemi się mojej przeszłości. Potrzeba mi w takich razach być bezczelnym, by nie zblednąć jak trup! Serce mi się kraje, a odpowiadam zimno, obojętnie, udając, że nic nie rozumiem! To strach, jak wszystko wiedzą na świecie! Przytaczają mi słowa moje własne, czyny moje własne — przeczę ze śmiechem, ale to śmiech konających, bo wtedy, wtedy dopiero widomem, dotkliwem mi się staje, jakem dalece i nieodwołanie imię tej, którąm kochał, puścił na łup językom ludzkim... Biada mi!... Hańba mi! I patrz!... Nie było przez lat tyle chwili jednej, drobniutkiej chwili jednej, w której bym nie marzył o jej szczęściu, o dobru jej, o chwale jej, o piękności jej — a skutek jaki? Rozważ sam, powiedz, czy to nie szyderstwo, nie zabójstwo, nie piekło?... Co ja im zrobię, tym wszystkim teraz? Mogęż usta paplaczy wszystkich zamknąć na wieki? Co począć z dziewczynami i staremi baby? Trzeba dowcipem je nękać, a ja bym chciał je w proch rozetrzeć! A mężczyzna żaden się nie przesunie, żaden nie zacznie gadać, kiedym ja przytomny! Rozkosz zemsty nawet niedostępna dla mnie. — Dopiero gdy wyjdę, gdy nie zdołam im nakazać milczenia, oni gwarzą i szarpią; i ja to wiem, i ja tak żyć muszę! A przyszłość moja? Czy Ty wiesz, co mnie czeka? Czy Ty wiesz, że może za pół roku, obaczę się w najdzikszem, w najzagmatwańszem położeniu, gdzie stracę rozum, nie wiedząc komu się powierzyć, czy diabłu, czy aniołowi stróżowi czy przypadkowi ślepemu, czy rachubie? I jędze mnie rozszarpią! — Proś Boga za mnie, ja już i modlić się nie umiem za siebie! Gdy wejdę do kościoła, jakiś wstręt, jakiś dreszcz mnie chwyta; chcę uklęknąć — i sztywnieją kolana; chcę zacząć Zdrowaś Maria — a to imię Maria, jedno tylko, samo jedno z ust moich wychodzi, reszta w gardle utyka!
Czyś widział Konstantego196? On w tych czasach miał być w Kijowie i zajechać po drodze do Ciebie, potem wrócić do Warszawy i ożenić się. Szczęśliwy, że ma proste serce a głęboki rozum szczęśliwy, że go świeżość młodości nie opuściła. Ale co do mnie, na samą myśl małżeństwa wzdrygam się, jak gdybym nastąpił na łuski węża, bo wiem, że wskrzeszać umarłych jest szalonym zamiarem, a śmierć udać za życie, trupa rzucić komuś do boku, zamiast ciała pełnego krwi i ducha, jest obrzydliwą rzeczą! Tak więc dzień mija za dniem i corazem bliższy przepaści! Dlatego w tem słońcu nie ma ciepła dla mnie — w tych śnieżnych żaglach nie ma ułudy — w tych twarzach wszystkich niewieścich uroku; jedna mi tylko została ręka przyjaciela, i w tej chwili zda mi się, że ją ściskam, gdy piszę, zda mi się, że takim uściskiem, a nie żadnym innym żyć jeszcze. Wszystko inne, co mi zdarzy się w życiu, będzie formą tylko, a nie treścią, fałszem, a nie prawdą, liberią włożoną mi na barki, a nie własną szatą, musem, a nie wolnością, męką, a nie pokojem — i koniec tego zgubnym będzie!
Lecz już dosyć, dosyć! Chciałbym się dowiedzieć, że nad Tobą błysnęła gwiazda szczęścia, że Twoje serce rozkwita! Dla siebie pojąć już szczęścia nie mogąc, ciągle marzę o niem dla drugich: dla Konstantego i Ciebie. Niech Ci Bóg zdarzy żonę, która odbije duszę Twoją, jak czyste zwierciadło!
Odpisz mi do Rzymu; za miesiąc tam będę i aż do pierwszych dni kwietnia.
Boże! Tego roku Wielkanoc znów 30-go marca, jak temu lat pięć — a wy gdzie? Ona, i Ty, i Konstanty? Wy, trójca moja!
Oh, na ten 30 marca myśl o mnie! Twój