O przybądź — przybądź, Ty, Beatrice moja! A jeśli umrę wcześnie, pamiętaj o tej żądzy mojej, o tej żądzy, byś Ty nigdy nie umarła na ziemi, byś Ty zawsze pamiętaną była. Dałaś mi szczęście — o gdybym mógł dać Ci nieśmiertelność!

166. Do Konstantego Gaszyńskiego

Roma, w samą Wielkanoc 1840

Mój drogi Konstanty! Czy Dydaktyczne Poema piszesz, że na Twojej pieczątce, miasto K. G., wyczytałem D. P.? Oskarżasz mnie o milczenie; słusznie, przewiniłem, ale też przez całą zimę wciążem był w ruchu, ciągle na drodze między Romą a Partenopą, tam i stamtąd, nieraz smutny, a często chory i bardzo chory, choć nie na oczy, choć nie w łóżku, aż nareszciem się przekonał, że mam solitera w sobie. I nie ma dnia, w którym bym okropnie nie cierpiał.

Dzięki Ci, drogi, za to, coś dał Jerzemu222 dla mnie. Jerzy tu wkrótce będzie i odbiorę gościniec Twój.

No, proszę Cię, jak też nas rozrzuciły losy! Von Bilberstein223 u Persów, ty w Aix, ja w tej Romie odwiecznej! A kiedyś, nie przewidując przyszłych niebios, co nam głowy wieńczyć miały na przemian to wiankiem gwiazd, to splotami cierni, pamiętasz, jako razem, ciasnym ale silnym i pełnym braterstwa okręgiem „ery fajkowej” objęci, siedzieliśmy po długich wieczorach, rymując, figlując, tak młodzi, tak niedbali, że nie znaliśmy, co wyraz „jutro”, tylko wiedzieli, co słowo „dzisiaj”. Pamiętasz postać panny Heleny, i twarz centkowaną Jakubowskiego, ów dramat w garderobie babki mojej? Pamiętasz błonia wiośniane Opinogóry, kszyków latających beki w powietrzu, bór sosnowy koło domu leśnika, krę na Narwi — oto jest Pan Tadeusz życia naszego. Zgoła epoka, a epopeiczna, a spokojna, a tak zanurzona w oddal przeszłości, że tylko łza w naszem oku poświadcza naszym duszom, że to my, ci sami, co dzisiaj, jej wtedy doznali, w niej żyli, w wista grali, płatali figle, kochali się, skakali rubasznie i dziecinne, jak szlachta polska! Mój Ty Konstanty! Żeby nam wtedy duch jaki był powiedział, że raz ostatni na długie lata żegnamy się w Błoniu, że przez te lata długie Ty z Prowancji, ja z gruzów Rzymu do siebie pisywać będziemy, że tyle figur obcych, nieznanych, przejdzie przed naszemi oczy, niektóre w sercach ustrzegną, niektóre, jak dymy, z serc znów do widnokręgu wrócą i rozejdą się, słowem, że tak będziemy, jako jesteśmy — o mój Boże, powiedz, byłże byś uwierzył? Wziąwszy mnie za rękę, nie byłże byś strząsnął popiołu z fajki na czoło tego proroka i roześmiał się i rzekł: „Marzy się jemu”? Patrz, wszystkie rzeczywistości, widziane z oddali, prorokowane, nim się staną, noszą barwę snów i marzeń. Otóż, kiedy ci na przyszłość coś nadzwyczajnego prorokują, kiedy poezja przepowiada ci, że się ludzkość odmieni, że planeta ten się odmieni, że w anielstwo porosną syny ludzkie, pamiętaj, że to marzenie może być kiedyś rzeczywistością! Marzenie tylko tem różne od idealności, że w jednej chwili całość chwyta i stawia przed oczy, kiedy realność tę samą całość snuje dniem po dniu, nitka po nitce i z wolna ją przeprowadza, bez skoku, do najwyższego szczebla. Poezja o kwadrach księżyca nie wspomina, jedno go zna zawsze pełnym; natura tylko przez kwadry dochodzi do pełni!

Piszę to z rana, przy odgłosie dzwonów, grzmiących od kościoła świętego Piotra, wołających na mszę Zmartwychwstania Pańskiego. Za dwie godzin papież wyjdzie na ganek bazyliki i stutysięcznemu pobłogosławi ludowi dwoma słowy: „Urbi et orbi!224”. Z okna mego, nad samym Tybrem sterczącego, widać wielką przestrzeń zielonych na tamtym brzegu rzeki ogrodów, a za niemi zamek świętego Anioła, a dalej na wzgórzu Watykan i Święty Piotr. Widzę białą obsłonę, chrześcijańskie velarium, zarzucone w kształcie baldachimu od szczytów ganku do połowy perystylu kościoła. Dzień pogody błękitnej, lecz nie rażącej, bo niebo tak cienką warstwą wyziewów przesłonione, jak dźwięk w głosie kontraltowym. Bazylika wieków stoi mi przed oczyma, choć z daleka; mogę rozeznać każdą kolumnę, każdą framugę, posąg każdy, tylko ludu na dziedzińcu nie widzę, tylko gwarów jego nie słyszę; za daleko, ale tem lepiej. Sam jeden wśród pustyni widnokręgu wznosi się przede mną ten posąg granitowy Boga, ten świat kamienny, zwany kościołem Piotra. I czuję, jak wszystko naokół gotuje się i garnie ku chwili Zmartwychwstania Pańskiego. Lecz dziwnem myśli wysnuciem co chwila inny obraz staje między mojemi oczyma a Świętym Piotrem: obraz łąki zielonej, rowu, pełnego niezabudek, rosnących wśród pokrzyw, olszyny, rozsypanej po bagnie za rowem, i drewnianego kościółka, w którym przed laty wyśniła się Wielkanoc mnie, dziecku. A później koło tego kościółka nieraz polowałem, zda mi się, że z Tobą nawet, pod Ciechanowem, w bok od Opinogóry. Tam dziś także pełno ludzi, tam dziś skowronek śpiewa, słońce wiosenne świeci nad równiną wielką!

Mnie smutek zabił, mnie gorzkie koleje,

Mnie gwałt namiętnych, nieskończonych marzeń,

Mnie krok leniwy ognuśniałych zdarzeń,