198. Do Augusta Cieszkowskiego
Bazylea, 1842, 24 kwietnia
Mój Auguście! Źle ze mną. Po dwa, trzy razy na dzień napada mnie kształt konania: krew w mózg wali, a serce się zatrzymuje — nieznośny stan. Jeślim do czego nadal, to to przejdzie — jeśli nie, to nie. Tum zatrzymany tą chorobą — wody piję. Gdy mi lepiej będzie, ku Mediolanowi się puszczę. Moim zdaniem cała towiańszczyzna, dziejąca się w Paryżu i podparta wiarą Mickiewicza, jest mistycznym, magnetycznym stanem ludzi, bliskich nowej idei, a nie mogących rozumowaniem logicznie jej wywieść. Tej nowej, w sferze religii wymaganej, żądanej, pierwszemi sługi będą ci, którzy najogromniej do przyszłości tęsknią, teraźniejszości nie mają, a w przeszłości jako ciało usadowić się nie mogli, bo należeli już do 3-ciej epoki296. W niej być i żyć przeznaczeni, w przeszłości tylko mogli się objawić, jako próba bytu i życia, co prysła, niby skonała — ale takowe groby najświętszymi z kolebek. Ten naród będzie słynął w 3-ciej epoce, który pełen wiedzy o sobie umarł, pełen wiedzy śmierć czuł, pełen wiedzy z niej się wydostał. Oto nowe organizma socjalne z nim wychodzą na widownię historii. Nie już rodzące się i ginące, jak rośliny i zwierzęta, ale ginące i rodzące się, jak duch świadomy. By tak się urodzić trzeba było tak umrzeć, tj. w pełni świadomości, i ową zachować w trumnie, i być trupem wiedzącym o sobie, tj. duchem, przemieniającym się bez zatracenia myśli swojej. My tym. Rozwiązana zagadka w nas. Na ziemi dokażem (chciałbym powiedzieć: dokazaliśmy już bo to dla mnie jest widomo-jasnem, a zatem już przeszłem) tego, co każda osobna dusza, przechodząca z ziemi przez śmierć w wyższy świat. Sztuka nieśmiertelności narodowo-socjalnej od nas się pocznie — w tej samej chwili się objawi jako pewność natura nieśmiertelności pojedynczej duszy. Logika mnie to każe mówić, bo co na planecie narody i ludzkość, to za grobem każden osobnik czyni — i my tu w ludzkości, a tam ludzkość w nas. W obu kierunkach jest pełnia boża — dopełnienie — wspaniałość — pogodzenie. Więcej nie mogę — z tego dojdziesz myśli moich o wielu rzeczach. Wiele tu Twego: prawie wszystko.
Twój Zyg.
199. Do Adama Sołtana
1842, 29 lipca, Kissingen
Prawda, długom nie pisał, ale bom nie mógł, nie tylko oczy, ale i dusza nie służyła; nie uwierzysz, Adamie, jak mi źle i coraz gorzej od śmierci Konstantego. Czasem duch mój zerwie się na chwilę, wtedy jasne błyskawice snują się przed nim, a potem zapadam w melancholię nieskończoną. Tak, tak, źle ze mną, Adamie.
W dzień przypadku księcia Orleańskiego Towiański dostał rozkaz od rządu francuskiego opuszczenia ziemi francuskiej. Już miał wiernych swoich, brakowało mu prześladowania; wreszcie przyszło. Pamiętaj, że każda rzecz, co zasłuży na prześladowanie, tym samym uważana jest nie za kpiny ni słabość; siłę tylko siła prześladuje!
Stąd ruszam do Hajdelbergu, gdzie pojechał ojciec radzić się doktora sławnego; stamtąd podobno na kąpiele pojadę do Genui; o czasie rozstrzygnięcia doniosę Ci.
Wody dotąd mi nie pomogły, moje nerwy coraz gorzej. Odescalchowie tu przybyli. Pisać więcej mi nie sposób, dusza pełna rozmaitego bólu: wszystko, wszystko bólem, i jaka przyszłość? I jaki koniec? Nie mówię tu o ogóle, bo wiem, że wybrnie i że sąd Pański sprawiedliwy jest, ale mówię o sobie: ja podobno przeznaczon bardzo złemu końcowi; Ty wiesz, że od wieków to przeczucie mnie ściga, teraz wzrosło znakomicie.