To mimowolne moich uczuć wyrażenie wstrzymało jego zapał; ja po kilku chwilach rzekłem: „Każ się jej więc zapytać, lecz niech stanowczo odpowie. Nie dziwiłbym się wcale, gdyby mnie nie chciała, a wolała Walewskiego, lub innego. Bez ceremonii żadnej mówmy! Jeśli mnie chce, tom tu, jeśli nie, to życzę jej szczęścia, ale nie Montforta, więc pojmij dobrze, co masz jej powiedzieć ode mnie. Stoję za nią, by ją ocalić od Montforta. Wspólny cel może nas połączyć, tym celem Topolina310. Jeśli przystanie, to proś, bym na cztery oczy mógł się z nią rozmówić, bo w żadnych salonach nie będę ja kurmacherem311 żadnym. Wszystkie stare maniery i idee o małżeństwie nie są moimi”.

On wtedy mi obiecał, że jutro w wieczór będę miał odpowiedź i wyznał, że matka pragnie Montforta, mnie nie lubi — ojciec zaś mnie lubi, ale się boi mnie. Po takiej rozmowie wyszedłem, i jestem u siebie, i piszę do Ciebie, i konam, i proszę Boga, by Eliza mnie odmówiła. Zrobiłem wszystko, co mogłem, dla ojca mego i niby to dla praw rozsądku, ale serce, serce teraz buntuje się i gnie się w dziesięcioro i łzy mi płyną z ócz — i czuję, że Ciebie jedną tylko kochałem na świecie i kocham — i czuję, że na resztę dni moich oto nieszczęśliwy będę! O Dialy! Czemuś mi ten pierścień odesłała! Uczułem zaraz, że to zła wróżba. Pojutrze znów Ci go odeszlę — nie chcę, nie chcę jego — on Ciebie strzec winien, nie mnie. Ledwom go na palec włożył, już to straszne rozstrzygnienie samo z siebie, bez dołożenia się mego, tak zbliżyło się do mnie! O biedne serce, o serce moje, nie konaj tak! Żadna panna nie ma takiego serca na ziemi, a Ty je tyle razy posądzała i miała za nieczyste, za niedobre! Myliłaś się — myliłaś się, o aniele mój! O Dialy moja, powiedz, czy ta panna mnie odrzuci? O, niechby odrzuciła! Jeśli przyjmie, dopiero to wtedy ja nie będę wiedział, co uczynić. Mówią, że wola człowieka działa; pięknie tu wola moja działała, sam zbieg okoliczności wszystko zrobił i robi. Stałem, patrzałem, wreszciem jedno słówko wyrzekł, i klamka losu gotowa zapaść! Ale cokolwiek się stanie, prawda tylko prawdą być może — a prawdą jest, żem na wieki Twój, w każdym miejscu i położeniu Twój, tylko Twój! Ale kiedyż teraz Cię zobaczę?

Cokolwiek się stanie, o wyrwę się ja, wyrwę do Ciebie, choćby na dni kilka. Głowa mi się zawraca, — serce pęka, — do jutra, do jutra, a Ty kochaj mnie, jak ja Ciebie — na wieki!

204. Do Delfiny Potockiej

9 stycznia 1843, Rzym

Droga moja Dialy! Źle — źle, źle. Oto jak Eliza odpisała bratu: „Dis à ton ami, mon cher Alexandre, que j’accepte et dis »oui« de bien bon coeur, si mes parents y consentent, — mais je desirerais infiniment pouvoir avoir une conversation auparavant avec lui, car j’ai mille choses sur le coeur312, z których się muszę jemu wyspowiadać”, — tak brzmiał ten bilet, który mi Aleksander pokazał w tryumfie, a który ja przyjąłem jak człowiek, co bitwę przegrywa. Ostatnią moją nadzieją pozostało, że w tej rozmowie ją przekonam, że z innym szczęśliwszą będzie. Zatem spytałem, kiedy nastąpi. Aleksander odparł mi, że musi na to sam trochę lepiej być, by mógł wyjść z pokoju i przeprowadzić mnie jakimiś schodami i kuchniami, kiedy Fregata i Boreal wyjdą, i stać na straży, by, gdyby wrócili, wpaść i znów mnie wyprowadzić cichaczem, — gdyż niby tak rzeczy stoją, że Fregata i Boreal nie życzą mnie sobie, ale Eliza, jak widzisz, życzy. Moja Dialy, moja Dialy, widzisz jak mimowolnie pchany w to jestem i tak dalece mimowolnie, że krok każden dalszy zarzyna mnie.

Aleksander prosił mnie, bym w wieczór wczoraj był u nich, więc chciałem pójść; ubrałem się, wyszedłem raz i z ulicy wróciłem, bo mi nogi nie służyły, znów drugi raz i znów wróciłem, bo czułem, że mdleję. Kiedym wrócił do pokoju mego, gdziem Orcia i Małachowskiego był zostawił nad Napoleonem, kryzys nerwowa, niewstrzymana, niepohamowana wybuchnęła. Zzimniałem, jak trup, padłem w ich poczciwe ręce — i potok łez wylał mi się z ócz. Szlochałem, jak Ty w Fryburgu, czując śmierć zimną w głębi serca, i serce strasznie bolało. Wołałem wciąż w głębi duszy: „Dialy, Dialy”, potem zostałem na krześle niewzruszony i już nie poszedłem do nikogo. Zostałem z moimi dobrymi i wiernymi i z wielkim duchem Napoleona, dowodzącego, że Chrystus Bogiem. Darmo, niepodobne niepodobnem! Czemuż ta kobieta chce mnie? Czyż nie dosyć jej dowiodłem, że nic dla niej nie może dusza moja ni uczuć, ni uczynić? Żebym choć kiedy słowem miększem, choć jednem się jej przymilił spojrzeniem, — ale nigdy, nigdy. Jeszcze wczoraj bratu mówiłem, że doskonale bym pojął, żeby mnie nie chciała.

205. Do Delfiny Potockiej

12-go stycznia 1843, Rzym

Droga moja Dysz!