Moja Najdroższa!
Wczoraj widziałem się sam na sam z panną, kiedy Fregata o trzy pokoje dalej grała w wista w biały dzień z Borealem. Powiedziałem jej, o ile mogłem tylko, jak dalece nieszczęśliwą ze mną będzie. Z tegom zaczął, że, przeczytawszy w bileciku do brata jej przystanie, chciałem się z nią widzieć, by ją reflektować i zapytać, czyby nie mogła być szczęśliwszą z kim innym na świecie. Na to odpowiedziała, że nic nie żąda już teraz, że dawniej jej ideałem było kochać ogromnie i być kochaną nawzajem tak, lecz że teraz wie, że z nikim szczęśliwszą nie będzie. Na to wyliczyłem jej szereg moich wad. „Wszyscy, którzy żyli ze mną, w końcu zawsze przeklęli moje szatańskie niepokoje ducha, żądze nieskończone, nieopisane smętki; jestem z tych, których nic nie zadowolni nigdy, którzy zawsze wyżej i dalej chcą, a gardzą wszelką rzeczywistością, potocznością, spokojem, zaciszem domowem — jestem z tych, których żadne względy wstrzymać nie potrafią, gdy wybije godzina oderwania się od nich, choćby przyszło ściągnąć zgubę i na mnie, i na innych. Droga, którą idę, może powieść, i łatwo, do zguby — lecz, nim powiedzie, ja nieznośny na niej, bo, ilekroć co mi się nie udaje na tej drodze, wpadam w przepaść smutku, rozpaczy, zgryźliwości, a wtedy nic i nikt mi nie pomaga. — Od kiedym się urodził, pokoju ducha chwili jednej nie miałem. Pomyśl Pani, czy nie ma kogo, coby Ci mógł więcej szczęścia dać ode mnie?” Na to ona bardzo słodko i pokornie: „Et rien, rien ne pourra jamais vous consoler?” — „Rien318”, odparłem jej. Westchnęła i wpadła w zamyślenie, potem: „Comment, vous n’avez jamais été heureux dans votre vie?” — „Qui j’ai eu d’immenses phases de bonheur, mais cela ne reviendra jamais319”. Znów zamilkła. Jam dalej jeszcze tłumaczył jej, o ilem nieznośny i straszny, dodając, że żadne pociechy, jedynie tylko samotność i oddalenie się od przytomnych mnie zbawia, kiedy w spleen taki wpadnę. Powtarzałem jej na pamięć wszystko, cokolwiek Tyś w chwilach goryczy wyrzekła o mnie. „Że Pani musisz z tego salonu wyjść, to pewna, bo więdniesz i tracisz na nic pozycję socjalną, którą Bóg Ci dał, i którą możesz pomóc Topolinie. Na to, by jej użyć dla Topól, trza, byś znalazła takiego, który by umiał jej w tym celu używać. Więc to pewnem, że iść za mąż musisz. Lecz teraz rozważ, za kogo, wielu jest innych w Polsce — rozważ sama — może kto inny wszystko potrafi pogodzić razem i to użycie, o którem mówię, i szczęście Twoje”. Tak się bronił do tchu ostatniego Zygmunt. A ona znów: „Nie, nikt inny”. I podała mi rękę. Jam musiał ją, tę rękę, do ust podnieść. Kiedy się zobaczymy, opowiem Ci szczegół, który mnie mocno uderzył, a którego tu pisać nie chcę. Potem rzekła: „Et m’aimerez vous un peu, après la Topola320?” Jam stał oparty o fortepian ze zmarszczonemi brwiami, z oczyma na dół. Serce pękało, nic nie odpowiedziałem, jęknąłem tylko głuchym jękiem.
207. Do Juliusza Słowackiego
Rzym, dnia 12 kwietnia, 1843 r.
Julu mój! Przez dni czterdzieści nie było mnie w Romie, dopiero wczoraj list Twój odebrałem z 23 marca; zarazem powiedział panu Walerianowi, by na poczcie poszukał. Poszedł, był i wczoraj, i dziś, męczył urzędniki papieskie, ale nic dla niego nie znaleziono; smutny więc wrócił do mnie, skarżąc się na losy, że list ten Twój przepadł, skarżył się mnie także na podejrzenie Twoje, jakoby tego listu „wielka prostota” obrazić go była mogła: „Alboż, mówił mi, ja z tych, którzy nie wiedzą, że prostota jest pięknością aniołów?” Prosi więc Ciebie, byś mu powtórzył w drugim liście to, co się w tym zgubionym zawierało.
Ja znowu, z drugiej strony, nie jasno pojąłem, czym mogłem sobie zarobić na epitet starej dewotki. Zwykle te panie szanowne, najwierniejsze wyobrazicielki światów konających, światów litery umarłej, to mają do siebie, że wszystko niezmiernie ciasno, jednostronnie, karłowato pojmują: wraz z wyżywitami321, mistrzami swymi, miasto ducha żywego czcić, czczą tylko kształt tego ducha przeszły; miasto rozszerzać się w uniwersalną społeczność, kupią się w sektę i doktrynkę; miasto miłości, wszystko obejmującej i pojmującej, wrą fanatyzmem, jedne tylko stronę rzeczy ogarniającym i z tej to przyczyny tak okrutnym i nienawistnym. Cóż w moich zdaniach wspólnego z nimi? Ale mniejsza o to, bo to osobistość, a tu nie o osóbkę tę lub ową chodzi, ale o ideę świętą i wyższą od wszelkiej jakiejkolwiek osobistości.
Drogi Julu mój, od dawna mi drogi! Czemu sobie wymarzasz o ludziach, jak np. o Stanisławie Małachowskim, rzeczy, których nie ma? Dlaczegóż by on miał chodzić z puzderkiem filigranowem od zarazy? Dlaczegóż by w Romie miał się duch skupiać przeciwko duchowi? Któż by mógł być dość nędznie głupim, żeby marzył stać się protektorem lub sprzymierzeńcem idei, prawdy wiecznej! Każdy z nas jest sługą jej, a kto najwierniejszym i najprawdziwszym, ten dopiero drugim ludziom stać się może wodzem lub obrońcą. Czemuż podejrzywać? Czemuż domyślać się złych uczuć w kim? Czy to miłości jest cechą, czy to znakiem błękitnego spokoju ducha? Czy nie nadszedł już czas, by zaprzestały prawdy walką świat zdobywać, a zaczęły go ogarniać prostem siebie samych objawieniem, wyrzeczeniem, ukazaniem świetlanem, które przez moc swoją bożą i rozumną i serdeczną zarazem wszystko pogodzić musi i stanąć wyżej, niż wszystkie podrzędne sprzeczności, dotąd stanowiące rozterkę wieczną świata? Czyż brak nam na prawdach takich i na miłości takiej, byśmy się starym trybem udawać musieli do ukrytych dróg, do wstrętów, do niewytłumaczeń się lub utajeń, do ukazywania tylko połówek lub trzech ćwierci, słowem, do całej dyplomatycznej metody, jakiej używały wieki przeszłe, gdy pełno złych, nieprzygotowanych i nieodkupionych duchów jeszcze istniało na planecie tym?
Oto zadane pytania. W liście walerianowym zamknięte pytania zostały przez przepadnięcie odpowiedzi nierozstrzygnione. Twój zaś list wczorajszy te nowe obudził, widzę w nim albowiem jakoby kwas melancholijny przeciwko mnie: już nie czujesz sercem serca mego. Czemuż to? Przecież przez te wszystkie lata je czułeś, i w nim nic odmienionego, ono zawsze Twoim, tak, jak w Willi Róż bywało. Chrystus mawiał: „Przyszedłem świat rozerwać, syna od ojca oddzielić, brata od brata”, a znów w innem miejscu: „Przyniosłem pokój ziemi”. Niby sprzeczności, ale wrzekomo tylko, bo Chrystus zarazem był duchem, co ma wiecznie trwać na planecie, i osobistością, objawioną w danej chwili. Jako ta osobistość, będąca i żyjąca ludzkiem życiem przed 1843 laty, w istocie on przyszedł był rozerwać świat, brata od brata oddzielić; ale wiedział Pan, że w następnej epoce słowa jego nie już rozerwanie, ale pogodzenie wszystkich przez ono słowo nastąpi, i dlatego to mówił o nas, mówiąc: „Pokój przynoszę”. I wierzę, że dziś nadeszła pora owa: lecz, jeśli nadeszła, to jej pierwszą cechą u mnie być powinna wszechmiłość, która nic nie rozrywa, nic nie rozdziera i brata już od brata nie potrzebuje oddzielać. Ile razy patrzę w taką przyszłość, klęczę przed taką ideą, jestem! Ilekroć znów ogarnie mnie fałsz świata, wirujący koło mnie, gorzej mi, niż gdybym nie był, bo jestem, a nieszczęśliwie! I ten fałsz świata nie taki dobroduszny, żeby sobie osobnym, oddzielnym stanął taborem, miał obóz swój własny i tylko swoich napiętnowanych służalców: daleko on rozumniejszy, bo wszędzie się wkrada i krąży, czując, że krótki czas już jemu; znajdziesz go i tu, i tam, znajdziesz go śród pojmujących przyszłość, jak śród tych, co li tylko przeszłości się trzymają, a wszędzie znakiem, po którym go poznasz, to bezlitość, to brak miłości, to hiszpańsko-filipowe potępianie drugich. Ostatnia to pokusa szatana, bo wie szatan, że tylko siłą aspiracji, siłą miłości, wszech-westchnieniem ducha można zlać się z wolą i duchem bożym. Zatem pracuje na to, by ci nawet, co pojmują ową wolę świętą, miasto rozlać się na świat, skupili się w siebie, miasto pójść za przykładem ojczyzny polskiej, która się utrzymała oddzielną, służąc całej ludzkości i przelewając się w nią, poszli za przykładem żydowskiej, która się utrzymała oddzielną ojczyzną wręcz przeciwnym a niższym sposobem, tj. ścieśniając się w siebie i wypowiadając wojnę ludzkości i konspirując jako cząstka. Był to ideał starożytnych ojczyzn; chrześcijański, to nasz! Tak więc myślę, i nieraz rozpacz mnie porywa, jednak wiara moja niewzruszalną jest. Wszystkie błędy ludzkie nie przemogą przeciw bożemu duchowi, opóźnią tylko wstęp jego na stolicę.
Lecz znowu, żeby moją osobistość zrozumieć, jeśli się godzi o niej przyjacielowi wspomnieć, trzeba by wiedzieć, o ile ona od roku ciągłą a coraz gorszą znękana chorobą, i ile walk się jej zewsząd gotuje, i ile kielichów goryczy jej co chwila podawanych. Śmierć, gdyby tylko egoizmu swego słuchała, śmierć byłaby jedyną jej ulgą, i prośba o nią co dzień z ust jej wzniosłaby się do Boga. Ale trzeba ofiary. Zatem nie modli się ona o spoczynek lub inny kształt, mniej nieznośny, losów i kolei swoich, bo spoczynku i w grobie nie znaleźć, trwa i żyje i żyć będzie, dopóki jej naznaczone jest, i wierzy i kocha; ale darmo, sama w sobie aerumnarum plena est322! Aerumna, to pyszne słowo łacińskie, użyte przez Cezara, kiedy, chcąc ocalić spólników Katyliny, wystawił senatorom bezlitosnym Rzymu, że zostanie przy życiu, pełnem trosk, gorszą karą, niż śmierć. Twój imiennik prawdę mówił, Julu! Kocham Cię i jestem Twój.