Teraz i na wieki Twój
224. Do Delfiny Potockiej
9 stycznia — 1844, Warszawa
Drogi, drogi Consuelo mój! Noc dziwnie jasna wczoraj z księżycem i gwiazdami wszystkiemi rozmroziła się nad miastem tym. — Śnieg bielił się na ziemi, — szafir na niebie lśnił, — ja siedziałem koło 11-ej przy fortepianie, sam jeden, w zupełnej ciszy, w sali wielkiej, bez świec, — tylko przez okien trzy wysokich noc świecąca wmykała się do otaczających mnie ciemności, — i grałem, jak grywam, kiedy zdaje mi się, że za pomocą nut, których nie znam, mogę powiedzieć coś do Ciebie. Rękoma przesuwałem po klawiszach, a głową, odwróconą w bok, patrzałem w niebo, — i w jedną gwiazdę, która samotnie na tym kawałku nieba, przez szybę zajętym, iskrzyła. Zdało mi się, że znana, kochana, przyjacielska, — że w innych krajach, w tysiącznych miejscach my razem ją spostrzegali, znali, lubili. — Tak, to był Mars, ale bez giermka, — i palce moje zaczęły gadać (o ile zdolne) do Marsa. — Potem łzy z ócz zaczęły kapać — łzy, choć milczące, także swoje mówiły do Marsa — a światło księżycowe lało się na całą długość komnaty przez tych okien trzy, i znów tknięta struna, co się Iles Britanniques377 zowie, zadrnęła w duszy mojej. — Ot, tam morze, — tam jacht lorda angielskiego czernieje się i kołysze na kotwicy — a niebo, to neapolitańskie — a ta noc, ta majowa!... O ścian dwie dalej Konstanty i Serey mieszkają, palą cygara, rozmawiają o tym Zygm., na którego przez wieczór cały nadaremnie czekali, — a ktoś nie wrócił jeszcze, ktoś bawi długo na Chiatamone. Dużo się łez, dużo wylało z ócz moich, a palce wciąż bez wiedzy mojej grały; słyszałem dźwięki, ale jakoby pochodzące od kogo innego, dźwięki, śród których może czasem niezupełnie fałszywy się akord zdarzał, — bo nie sposób, by serca natchnienie absolutnie fałszywo się czymkolwiek, choćby zupełnie nieznaną mową, wyrażało. — Właśnie wstałem i poszedłem do siebie, do zielonej jaskini, chciałem zaraz pisać, — lecz tak mi ręce drżały, że nie sposób mi było.
Wczoraj i dziś nic od Ciebie. — Czarki pełne perfumów wciąż wysychają przed czarą brązową, której symbolizm coraz bardziej mnie uderza, bo pełen Alby. — Myślałaśże Ty o tej stronnicy tego pomniczka, kiedyś natrafiła na niego okiem? Sosny także i kaplica w serce mi wnikają, ilekroć się koło stolika mego obrócę. — Wczoraj z kwadrans przebyłem niewzruszony, jak słup, trzymając w ręku ową oprawę z aksamitu czarnego, do której Lafontaine nicejski haftki dorabiał, a w której spoczywa św. Janowa postać Twoja przez pana Alixa zarcydziełowana. — Piłem ją oczyma i duszą — piłem każden rys jej — ah, podobieństwo żywe, — a wyraz taki idealny, taki powagi pełen i bolu i rozumu i spokojności, że nie mogę pojąć, jak Natalia, matka i Ty sama, obruszyłyście się na ten dagerotyp; — powiadam Ci, pyszny — eximius378!
225. Do Delfiny Potockiej
13 stycznia — 1844 Warszawa
Consuelo drogi! Owszem, owszem, posłuchaj mnie, przeczytaj Bouchera, ale piąty tom tylko, bo w tym 5-tym wszystkie poprzednie zawarte i jasno wyłożone. Pamiętam, nieraz chodząc z Tobą po cyrku Flawiana, nieraz po Kampanii lecąc konno, przepowiadałem Ci, że jeszcze za życia ciekawości Twojej stanie się po części zadość, że śmierci tajemnica straci zasłon swoich przynajmniej połowę, i że przeto stanie się łatwiej ludziom umierać, i oto proroctwo moje staje się, zaczyna się dopełniać. Pierwszym dopełnienia się jego zarodem niezawodnie dzieło Bouchera. Nigdy i nigdzie nie spotkałem tyle dowodów ścisłych na nieśmiertelność duszy, a z wielką prostotą i wzniosłością stylu wyłożone. Coś świętego, coś spokojnego, jak prawda, wszędzie przebija; owszem, przeczytaj 5-ty tom, a zobaczysz, że wiara nie tylko że się nie osłabi, ale wzmoże się, spotężnieje w Tobie, wszelkiemu odejmie się zwątpieniu. Wiara pełna wiedzy, wiara z przekonania, wiara rozumu, gdy oparta na czuciu serca, wyższą jest potęgą, niż jezuicka, nakazana, wtłoczona na duszę, jak jarzmo na wołu. Właśnieś takie dzieło przeczytać potrzebowała; znajdziesz tam tysiąc rzeczy podobnych tym, o których tylekroć rozmawialiśmy; znajdziesz taki wywód, taką konieczność, taką pewność nieśmiertelności, że żadna myśl nie zdoła się jej w Tobie oprzeć. Gdy skończysz, nie pojmiesz już, jakim sposobem kiedykolwiek wątpić mogłaś o tak jasnej, wszechobecnej, co chwila widomej prawdzie. Zresztą nic tam nie ma sprzecznego z dogmatem katolickim — rozszerzony tylko na wszystkich, na wszystko, na wszechświat! Co dotąd samemu człowiekowi się należało, należy się wszystkim istotom, — bo duch jeden i ten sam. Ja tożsame od najniższego szczebla formy dźwignąwszy się z łaski bożej, żyje na wieki, coraz wyższem strojąc się życiem i według uczynków swoich karę niższości względnej, lub wyższości następnej odbierając. Dogmat kościelny tą samą ideą jest, zupełnie tą samą, tylko nie rozbiera sposobów szczegółowych, któremi się ta idea odbywa, nie wdaje się w anegdotę jej, bo zostawia tę anegdotę pracy umysłu ludzkiego, czyli zasłudze ludzkiej, do odkrycia. Bóg objawia ideę, całość, a praca ludzka, opierając się na tej łasce bożej, zdobywa coraz bardziej oznaczone i dotykalne dzieje, szczegóły, kształty, które są cochwilnem tej idei wcieleniem się. Zapewne jest jeszcze wiele niedostatków w tem dziele, Boucher myli się nieraz, osobliwie, gdy uważa, że wszystkie dusze, niezależne od Pana, współwiecznemi z Nim były. Były współwiecznemi z Nim, ale zależnie od Niego, bo z Niego wyszły, wypadły, bo je życiem udarował przed wiekami i życiem na wieki obdarza, pomaga im w każdej chwili, prowadzi je, pielęgnuje, słowem kocha miłością bez granic i miary i one w tej miłości istnieją i postępują coraz wyżej, rozbierając się z ciał i ubierając się w ciała coraz giętsze, piękniejsze, wznioślejsze. Lecz co wielkiego i prawdziwie świętego w tej książce, to ta niezbita pewność nieśmiertelności — to wykazanie wszelkiemi rozumu dowody i serca potęgami, że śmierć niepodobnem jest marzeniem, — złudzeniem złudzeń, — marnością marności, — nie żadnym końcem osoby, ducha, jaźni (du moi), tylko zrzuceniem całej szaty jednej, by drugą przybrać, zrzuceniem tej szaty, której części zrzucasz przez całe życie, jako na przykład włosy itd., itd. Jako pukiel włosów, tak kiedyś całe ciało zrzucisz, ale duch twój, to nie ciało twoje. Duch twój to najwyższe, najściślejsze pojednanie pierwiastka myśli i materii w tobie, ciało zaś twoje tylko objawieniem na zewnątrz pierwiastka materii, tak, jak dusza twoja teraźniejsza przeciągnieniem tylko, objawieniem na wewnątrz pierwiastka myśli w tobie, ale duch twój wyżej od nich obojga stoi. Im objaw ciała twego piękniejszy, im duszy twojej wznioślejszy, tem lepiej poznajesz, czem sama jesteś, czem duch, bo ty duchem jednym, tym samym, nieśmiertelnym, ale rozmaicie, postępowo objawiającym się samemu sobie, świadczącym sobie, wiecznemu, za pomocą przemijających w czasie kształtów myśli i ciała. O to idzie, byś coraz głębiej poznawała siebie, tj. ducha Twego, byś coraz jaśniej objawiała się sobie samej, a na to potrzeba Ci zrzucać sterane, zestarzałe kształty, już nieodpowiednie stanowisku, do któregoś doszła, a przybierać nowe, dogodne duchowi Twemu. Tu śmierci konieczność, ale dwa są jej rodzaje: jeden, jak w nas wszystkich, trochę gwałtowny, zabierający nam od razu całą zewnętrzną odzież naszą, to śmierć niższych duchów, to śmierć ludzka, bo jeszcze duch nasz dość się nie poznał, dość nie rządzi sobą, nie panuje sobie, dość woli bożej nie zna i z nią się nie jedna. Więc Bóg sam za nas robi, czego my dotąd nie umiemy robić, jak matka rozbiera i ubiera dziecko swoje. Ale dziecko wyrośnie i samo się nauczy sztuki przemieniania strojów swoich, wtedy śmierć będzie tylko szczęściem, bo czynnością rozumną, aspiracją serca anielską do wyższego, piękniejszego kształtu i urzeczywistnieniem zaraz tej żądzy. To się pocznie dla nas w dzień sądu Chrystusa. Pamięć całej przeszłości, nam przywrócona, objawi nam, czem duch każdego z nas, który przez powolną pracę wieków (choć my myśleli, że to sen wieków, — przeczytaj koniec Irydiona!) doszedł do stanowiska, na którem wyczerpnięte zadanie ludzkości, a zaczynające się anielskie życie. Wiedza objawiona przeszłości stanie się nam potęgą przyszłości. Nie będziem już ciał naszych wiecznych zrzucali od razu, bez wiedzy, bez woli. Te ciała i dusze nasze będą żywym, co chwila ruchomym objawem, wyrazem, prawie słowem duchów naszych, będą one się przemieniały, lecz duch nasz sam tą przemianą stopniowaną, harmonijną, kierować będzie, w niej rozkosz, a nie ból będzie. Śmierć wtedy stanie się najsłodszem uczuciem wzbijania się coraz wyższego, coś na kształt ruchu ptaka, gdy skrzydła podnosi, by lecieć, znajdzie się w każdej śmierci takiej, czyli raczej, śmierci nie będzie już, tylko ciągłe życie, żywot wieczny, ciało pełne chwały, przemieniające się, jak gra farb światła na tle zawsze jednem, tem samem, nieśmiertelnem ducha naszego!
Boucher tego wszystkiego nie mówi, jak ja, bo nigdzie nie dotyka dogmatu kościelnego, by pogodzić go z swoją teorią, ale wszystko, co on pisze, doprowadza koniecznie do tego wniosku, do konieczności sądu chrystusowego i przybrania przez nas ciał już więcej niepodległych śmierci całkowitej, lecz tylko przelewających się rozkosznie w coraz wyższe kształty, rozwijających się w coraz piękniejsze kwiaty. Jeśli o panteizm Ci chodzi, to dowiedz się, że nie tylko on nie grzeszy nim, ale, przeciwnie, grzeszy brakiem jego, bo nie dość głęboko pojmuje wszechobecność Boga we wszystkich i we wszystkiem, nie dość miłość, spajającą wszystkie duchy z Bogiem i z innemi duchy, nie dość możność, jaką każden z nas na wzór boży posiada, nie tylko bycia wewnętrz siebie samego, ale i bycia zewnątrz siebie, w drugim, w drugich, w wielu, we wszystkich. Zajęty głównie pojęciem osobistości, nie zwrócił uwagi na wspólność, na odpowiedzialność jednych za drugich, na tę przedziwną władzę miłości uniwersalnej, która, pozwalając każdemu być nieśmiertelnem Ja, każe mu zarazem to Ja własne stwarzać, kształcić, przez rozlewanie się zewnątrz siebie na drugich. Panteizm albowiem jest tylko błędem, gdy za jedyną, jednostronną prawdę miany, ale jest ścisłą prawdy połową, kiedy go uważać będziesz za drugi, konieczny przymiot Boga osobistego. Bóg zarazem jest w sobie, u siebie i wszędzie, bo nie ma nic za Bogiem, nic, coby w Bogu nie było, nic, coby nie żyło w Nim i przez Niego, a zarazem nic nie ma takiego, coby było Bogiem. On jeden jest Nim. I człowiek też każden i duch też każden nie tylko u siebie jest, sobą się zasklepia, jak ślimak, ale właśnie tem żyje, że, będąc sobą, zarazem współcześnie może być w drugich. Miłość — to być w drugich, nie przestając być sobą. Życie tem samem. Miłość i życie to — jedna myśl. Życie absolutne — to Bóg. Bóg więc — to miłość absolutna! A my, pojedyncze miłości, coraz wyżej stąpamy ku absolutnej! Kochamy się w niej, jak ona w nas, i temu kochaniu końca nie będzie nigdy — to miłość na wieki, bez przerwy i bez granic. Proszę Cię, 5-ty tom przeczytaj!
14 stycznia z rana. Consuelo mój drogi! Poczciwy, dobry August z kwiatami swemi, wiem, gruszkę zjadł. Pisał o tem do ojca swego, który mi list przyniósł. Nie zważaj na nos, ale na umysł i serce człowieka, a przekonasz się, że oba wielkie! Bo pierwszy jak u anioła potężnego, a drugie jak u dziecka niewinnego! Czemu też Jerzy taki niełaskaw na mnie? Od kiedyż to już wciąż go proszę, by pisał do mnie, a ani się odezwie? Czyż natura Radziwiłłów, co woleli pojechać, niż napisać, w niego wstąpiła? Słowo daję, zażalonym na niego; wie, że mi listy jego są ulgą, pociechą, a nie chce mi jej dawać! Żebym wiedział, że czemsiś niezmiernie ważnem zatrudniony, nie narzekałbym, ale wiem, że nie, wiem, że czas traci. Czemuż go nie woli tracić przyniesieniem ulgi komuś, który go kocha, niż milczeniem uparłem? Daj mu to przeczytać, niech się w pierś uderzy i poprawi!