239. Do Adama Sołtana

Wierzenica, 1845, 21 kwietnia

Krótko będę pisał, a za zobaczeniem się, za dni kilka, długo będę mówił. Wiesz, żem przebył tygodni kilka z Marysią i żem syna Twego widział. Alfons jest najpoczciwszy, najszlachetniejszy człowiek, pragnie tylko tego, byś się do niego przeniósł i żył z Marysią razem418. Wiozę Ci rozmaite, przez Alfonsa zasięgnięte wiadomości u prawników, tyczące się tego, co księżna powinna uczynić, by zapewnić Marysi urzeczywistnienie swych chęci dla niej. Jadę przez Wiedeń, żeby Cię uściskać, żebyś przestał się gniewać na mnie za to, żem nie pisał przeszłego lata, i żeby księżnę, jeśli Bóg pozwoli, namówić do tych formalności, których interes Marysin wymaga. Wkrótce się uściskamy, mój drogi Adamie! Odmienionego na włosach zsiwiałych i twarzy zmarszczonej obaczysz, ale nie na sercu. Tymczasem o następną łaskę Cię upraszam, ale pod warunkiem, że, co kosztować Cię będzie, bez ceremonii mi powiesz za moim przyjazdem — inaczej wyrządziłbyś mi dolegliwą przykrość. Proszę Cię więc, Adamie, byś, zaopatrzon tu przyczepioną karteczką, odebrał z poczty wiedeńskiej wszystkie listy, których zapewnie niemało na mnie czeka, i u siebie je trzymał, bym zaraz za przyjazdem mógł do Ciebie polecieć i je przeczytać. W Lipsku będę koło ostatnich dni miesiąca, a u Ciebie koło pierwszych maja; skoro przybędę, zaraz do Tuchlauben 556 przylecę i uściskam Cię, od tak dawna myślą już tylko ściskanego. Proszę Cię, nikomu prócz księżnej nie wspominaj o mojem przybyciu, bo nie chcę nikogo widzieć; mam do tego ważne przyczyny. Los mi zdarzy tę ciągłą przyjemność, ten wygrany bilet na loterii, że ciągnę wszędzie za sobą kometowy ogon z komerażów ludzkich, aż mi już obrzydło wszystko, więc nikomu nic o mnie nie mów. Z Tobą się widzieć i narozmawiać chcę przez dni kilka. Mnie potrzeba spokoju i serca Twego, Adamie, a nic innego, bom chory i wcale nie wesół i nienawidzę ludzi.

Twój

August Cieszkowski, u którego w tej chwili bawię, każe się Twojej przypomnieć pamięci.

240. Do Augusta Cieszkowskiego

24 maja 1845, Nicea

Mój drogi Auguście! Od altenburskiej kolei przez wiele jużem przeszedł kolei (masz, co lubisz igranie słowami); smutno mi bardzo było z Tobą się rozdzielać, mój Ty dobry Auguście, taki arcy-dobry dla mnie zawsze! Ale teraz wziąłem nagrodę za to, żem się przemógł i wyruszył wtedy, choć zostać z Wami chciało serce. W Wiedniu siedziałem od 3-go do 14-go — w wieczór 14-go na kolej wsiadłem i jużem nie spoczął aż 20-go z rana tu. Snem mi były te wszystkie miasta włoskie — Verona, Mediolan, Genua — przelatywały i znikały. Jak farys, wśród nich pędziłem, tylko jak cywilizowany farys, bo w nowym koczu, kupionym w Wiedniu. Przepaść pod młynem Twoim ostatnią była odwagą i wygraną starego nieśmiertelnego. W Wiedniu rozsypał się, gdy go naprawić kazałem. Tak, jak stare ustawy, wiary, państwa, które na pozór jeszcze twardy żywot zaschły mają, póki ich nie dotkniesz, a gdy jaki kowal lub stelmach, nazwiskiem Ronge lub Czerski lub inaczej, chce je sprostować i podłatać, wnet w proch się rozpadają. Otóż powiadam Ci, te miasta włoskie, te jeziora, te morza, dawniej znane, teraz jak wspomnienie senne lecąc koło mnie dniem i nocą odprowadziły mnie aż do Nicei. I jak generał, pierwszy konsul Bonaparte, wymiarkował doskonale na dzień i godzinę, że, opuściwszy się św-tym Bernardem, zastanie wojsko g[enera]ła Melasa koło Marengo i tyły mu przetnie — tak mój geniusz prywatny odgadł, że w Nicei zastanę jeszcze cel mojej podróży419 i — zastałem, i jestem tu z nią, i kilka dni jeszcze przebędę. Mieszka w willi swojej, nie ozdobnej w „stropy złociste”, ale oblanej błękitami niebios i mórz, ale wonnej wonią pomarańczowych kwiatów, ale oświeconej wieczorami przez latające luciole. Bardzo smutna, bardzo sposągowana, bardzo chora na serce i przekonana, że początek anewryzmu ma. Jednak, co można było w niej wskrzesić życia, zdaje mi się, że wskrzesiłem moją przytomnością i przywiązaniem. Przynajmniej ma z kim płakać po matce, ma komu mówić o tej kochanej, straconej — wie, że serce, które jej słucha, nie jest jako inne wszystkie serca, które dotąd ją otaczały; a choć bardzo, bardzo znękana, bardzo zwątpiała, tyla nieszczęściami skamieniała, przekonanym, że nikt nie mógłby tyle ulgi jej przynieść, co ja, i że dobrze zrobiłem, bardzo dobrze, przyjeżdżając, że może tym przyjazdem i tym cichym tu z nią pobytem przyniosłem jej pierwszy raz w życiu rzeczywiste, prawdziwe dobra. Z tego przekonania i mnie lepiej, rzeźwiej, choć smutno bardzo, gdy patrzę na tę postać, znaną w pełni żywota, a teraz tak przełamaną pod ciosami losu, a jednak dumnie prostującą się pod niemi. Wszędzie tu cień matki jej za nami chodzi, po wszystkich tych ścieżkach. I dziesięć razy na dzień znać na pani D[elfi]nie, że duchem kona, choć chce walczyć z boleścią. Powtarzam, jeśli kiedy co dobrze zrobiłem i trafnie, to to, żem teraz tu przyjechał.

Pusta Nicea — nikogo a nikogo, — nawet de Mestry wyjechali do Turynu. Dzień cały siedzę w willi, to rozmawiam z nią o matce, o śmierci, o nieśmiertelności, to ją wyprowadzam na wolne i odżywcze powietrze, to znów czasem staram się ją dzieciństwami rozśmieszać, odrywać od rzeczywistości.

To wszystko, mój drogi, zachowaj sobie, nikomu o tem nie mów, nikomu, nawet G-łowi prorokowi. Gdyby do Księstwa przyjechał, bo podobno tam jedzie — pamiętaj, Auguście! — dla wszystkich niech będę kamieniem, wpadłym w wodę; powiedz, żem utopił się pod Twoim młynem — łatwo uwierzą. W Wiedniu wszystkim oświadczałem, że do Kissingen jadę. Jerzego, wyjeżdżając z Wiednia, prosiłem, by Tobie tylko doniósł, gdzie się zaganiam. Odpisz mi do Heidelberga poste restante, wyraźnie: poste restante, bo inaczej list przez sto rąk będzie przebrudzał się; niedługo tam będę.