Najdroższa Dialy! Twój list z 9-go wczoraj odebran, w głęboką mnie wtrącił melancholię. Te 12 godzin samotnych zatrudnień, po których opadają Ci ręce, przedzwoniły po sercu mojem pogrzebnie, i płakać zacząłem. Czułem tak okropnie, że Ty sama, że Ty się rozdzierasz, męczysz, nudzisz, walczysz, a upadasz na duchu, i umrzeć mi się chciało, widząc, że nie przynoszę Ci pociechy więcej, że nie jestem Tobie podporą, że Ty nie czujesz mnie przy sobie wiecznie, że ledwo zniknę Ci z przed oczu, znikam i jako siła z duszy Twej. Takim pierwsze było wrażenie. Okrutnie smętne, bolesne nad miarę, tak dalece, że, co Ty mówisz, że czujesz wciąż, tj. niezdatność Twoją do niczego, właśnie to ja a nie co innego uczułem w tej chwili, — niezdatność moją w stosunku do Ciebie, niezdatność, nieużytek mój, jałowość w sprawieniu świąt jakichsiś lepszych duchowi Twemu, i ogarnęła mnie rozpacz szeroka, jakby krąg z mgły nicejskiej, pod którą więdnie kwiat i owoc umiera, aż w szpiku kości przejęciem się galwanicznem Twojej natury i tego, co w niej się dzieje, aż w miazdze mózgu uczułem Twój stan, Twoje zwątpienie, nudę, osamotniałość. I chciało mi się paść twarzą na ziemię i lizać kurz, prosząc Boga, by spuścił promień pociechy do Twego serca, bo, gdy konasz, i ja konam, gdy umrzesz i ja umrę na duchu! Nieraz wydaje mi się, że się staram Ciebie unieść przez powietrze nad przepaściami. Gdybyś się w nie stoczyła z objęcia idealnych skrzydeł moich, o, bądź pewna, Dialy, że i ja w przepaść bym się rzucił. Upadłbym za Tobą, ciężarem miłości na dół ciągnięty. Oto pierwsze wrażenie i wylanych łez cichych, niewidzianych przez nikogo, wiele. Ale potem rozjaśnił mi się duch i ujrzałem błękit wkoło Twej postaci i pojąłem, że Ty się mylisz, Dialy, twierdząc, iż nie masz czem się zająć i że nikomu na nic się nie przydajesz. Bóg świadkiem, mylisz się, aniele drogi mój!
O sobie nie będę mówił, bo powinnaś już wiedzieć i za żart tego nie uważać, żeś mojem życiem lub śmiercią moją. Masz wszystkie losy ducha mego i te, co za grobem, w rękach Twoich. Duch, choćby jednego człowieka, jest zawsze rzeczą nieskończonej, nieśmiertelnej wagi. Masz dwie siostry i jednego brata do poprawienia, do wykształcenia, do nakierowania, do zbawienia. Z nich Polki, z niego Polaka musisz uczynić, bo zbliżają się dni, w których Polska potrzebować będzie wszystkich córek i synów swych bez wyjątku, a znów oni Jej, gdyż bez Niej zostaną wygnańcami gorszymi niż ci, co przez wroga wygnani, wygnańcami przez własną matkę wyrzuconymi! Czy pojmujesz, jaki święty masz wtedy obowiązek oddania ich Polsce i znów przez to samo obudzenia w sercu Polski miłości ku nim i opieki nad nimi. — Wigilia, wigilia to już dnia, w którym nie na brak pracy i zatrudnienia, ale na naddatek trudów skarżyć się będziem. Rozwinie się i przed Tobą obszar działalności, do których, Dialy, duch Twój przygotowan. Nie, ni życia ni czasu nie straciłaś, skoroś przygotowana do pojęcia ważności tego dnia religijnej, historycznej, moralnej! Wierz mi, wielu go nie zrozumieją i zginą duchowo przez to. Lecz Ty z onych, którzy zrozumieją i żyć będą właśnie przez drugich i dla drugich. Tak, Dialy, masz przed sobą dwa niezmierzone błonia otwarte. Jedno, dobrych uczynków, drugie, pomysłów piękności. Sztuką władasz, dobrem możesz owładnąć, dobro możesz robić i zlewać na drugich, to namową, to przykładem, to czynami miłosierdzia i miłości. O tem wszystkiem pomówimy, i wskażę Ci anegdotyczniej, co byś mogła uczynić, co działać; dobrze, wskażę Ci grunt do kopania i przyniosę Ci znów rydel, jak w Nicei, z drzewa oliwnego. Co do mnie, wiarą moją gorącą, jak rozpalona stal, mocną, jak żelazo, to to, że nasze życia i zdarzenia tych życiów, tak ściśle powiązane razem, że Ty ani się dziś domyślasz, ile razy będziesz mogła mi pomagać, ratować mnie, podawać mi rękę czy duchownie, czy istotnie, materialnie. Widzisz, że nie próżne słowo Twoje: Lolo, choć wstrętnie, jedzie. Patrz, gdybyś oparła się była na zwątpieniu Twem jak na opoce i opuściła ręce, przesądzając o nieskuteczności rad Twoich, byłby on, nieporuszony, tak jak kamień, został siłą bezwładności przykuty do miejsca, a teraz jedzie.
Co do Natalii, to i powiem, że powinien by Lolo koniecznie ją z Włoch na brzegi Renu przeprowadzić do Chiliusa, koniecznie, a niechby potem wróciła do Nicei, kiedy Paryża nie lubi, ja nikomu Paryża radzić nie będę. Ale D.or niemiecki, oświecony i głęboki, niezbędny dla niej. Włosi — to zwierzęta w medycynie, Francuzi zaś o duchu w sztuce lekarskiej nic nie wiedzą. Empirycy, Doświadczyńscy, materialiści a wreszcie ignoranty, bo o Vichy tylko słyszeli, natur północnych, naszych, nie znają, leczą sposobami obrzydłemi naturom naszym, Niemcy zaś, osobliwie nadreńscy, wszystko znają i wiedzą. — Na środkowym punkcie wszechnauki i wszechdoświadczenia stoją. Widzą wciąż romański, germański i słowiański szczep, przesuwający się z chorobami swemi przed ich oczyma, Chilius niezawodnie genialnym jest lekarzem. Heidelberg by w niczem Natalii nie obraził. Katolickie są kościoły, powietrze dobre, cudna natura. Lolo powinien ją tu przywieść w septembrze, Chiliusowi pokazać, potem odprowadzić do Nicei. To jego psia powinność. Inaczej Natalia, coraz gorzej ślamazarniejąc, zostanie w kraju głupstwa medycznego i może tak się rozchoruje, że nic już jej ciała nie ocali, tem osobliwie znękanego, że mu duszę odebrali jezuity. Powiedz, chcesz, bym do niej list medyczny napisał, zalecając Chiliusa? Ale nic, cobym radził, nie udałoby się, bo ona mnie nie dowierza, jak zwykle opętani. Ty wbij to w głowę Lola. Niech on na to pracuje, a jeśli chcesz, to Ci napiszę rozprawkę o głębokiem głupstwie lekarzów włoskich, o świetle wysokiem niemieckich, którą wsuniesz w swój list. — Jeśli jej z okolic ischijskich i rzymskich nie wyprowadzicie, ona tam przepadnie na duszy i na ciele, bo to słaba z najsłabszych. Wody wciąż mi dobrze służą. Zmiłuj się, zacznij, ale pilnując się przepisu Siżysa, który żywcem od Chiliusa wzięty. Dotąd Greczynki tu nie ma. Dziękuję Ci, żeś nie dała jej listu, usprawiedliwiającego to, przy czem nie byłaś. Bóg tylko tak występować może, bo jest wszędzie. Rączki Ci całuję za Glawany, biedny pielgrzym się ucieszy. Spytaj się, proszę Cię, gdzie farby najlepsze, o farbę malachitową, tarty na proszek malachit i w oleju rozpuszczon. Dostanie tylko w Paryżu. Suchodolski mnie prosił, i kup mi z 15 lasek. Nie nudziłbym Cię temi komisami, gdybym dwóch celów nie miał: 1. zyskania czasu do bycia z Tobą, gdy będę tam; 2. dania Ci celu w przechadzkach do odbycia, przy piciu wód. Mark nie może mi się pomieścić w głowie. — Patrz, co to za puch-kobieta, kiedy w pozytywiźmie zasklepiona.
Pozytywizm jest zgubą kobiet, a niby ma być ich zbawieniem. Ideał tylko zbawia na wieki. Pozytywizm na dni parę tylko, a potem ruina. I to naturalnem, koniecznem, logicznem. Bo pozytywizm jest stanem rzeczy, nie zaś uczuciem serca, ni ideą ducha, trwa więc, dopóki trwa, trwać nie może wciąż, bo podstawy głębszej nie posiada, ale przyzwyczaja wciąż do mierności, odbiera duszy wrodzone westchnienia ku pięknemu i wzniosłemu. Cóż stąd, że, kiedy pęknie, lada błaznowi oddaje się kobieta, omylona optycznem sfałszowaniem perspektywy, bo jej delikatność źrenicy odjął pozytywizm! Wtedy, byleby na nerwach co zadrgnęło, choć nic w sercu, nic w głowie nie zadrgnie, już puszcza się zmierniona i skarłowaciała pozytywizmem za pozytywizmu szranki. Głupstwo, długo ssane, zabiera z sobą, a opuszcza ciasne pole, na którem głupstwo wystarczało. Leci na burzę, płynie w ocean, a siedzi na taborecie, z salonu zabranym. Nie dziw, że bałwany ją zaleją. To stanowi gęsiowatość kobiet na świecie, — rozepną skrzydła orle, ale nie wzlecą ku słońcu, owszem na dół lecą i dziwią się robakowi świecącemu (nie lucioli), odbitemu w kałuży, i to próchno adorują, bo w próchnie żyły od początku, bo nie miały wyobrażenia, co piękność, ideał, boży kształt światów, co miłość, ojczyzna, religia. Za miłość uważały brudy małżeństwa i zdawało im się, że Lamorala kochają. Za ojczyznę miały salon, lub kocz elegancki, lub szubkę sobolową, za religię kilka ceremonijek, których treści nie dochodziły. Co dziwnego, że im potem Mark się podoba, że płaczą za Markiem? Przecież Mark czystszy, w stosunku do Lamoralowej, niż Lamoral, bo się nie myje przy niej. Kocz ma może bardziej elegancki i może wolno-myśli, raczej wolno-gdyra o ceremonijkach, bo o nich zupełnie nic nie wie, zatem optycznie wyższy od Lamorala. Masa kobiet dotąd tak jest, a o mężczyznach Ty powiedz wszystko, co trzeba. O głupi i brudny świat! Padnijmy na kolana w pokorze i wdzięczności, bo przecież czujem się, bez próżności żadnej, wyższemi istoty od nich, a mogliśmy być, jak oni, gdyby Bóg nie był nas inaczej poprowadził. Do obaczenia, do obaczenia — do obaczenia. Rączki i nóżki owstęgowywam Ci pocałunkami.
Twój teraz i na wieki Z.
18-go z rana wyjeżdżamy, w St. Disier niech 19-go list zastanę od Ciebie. W kraju bardzo źle, głód i nędza okropna, — nowe prawa Jegomość wprowadza. Okropny kodeks karny, co moment za małe rzeczy po 500 kijów. Za lada doniesienie, że ktoś mówił przeciw rządowi, oskarżają go o zbrodnię zdrady stanu, a kara na to: śmierć lub Sybir; jeden świadek wystarcza. W gazecie kolońskiej wczoraj to wszystko było. Im gorzej, tem prędzej będzie, co będzie...
List, rzucony o 11-tej w nocy 16-go lipca 1845 roku.
Na miłość Boga, Dialy, błagam Cię, miej miarę, miara to godność, miara to piękność ducha. Nie miej się ku temu człowiekowi, jak Julietta, co skacze w łódkę Liona Lioni424, ale jak wzniosły chrześcijański duch, co mścić się nie chce, ale też nie myśli pomagać zbrodni. Jeszcze raz Ci powtarzam, inne biedaki, nie taki biedak, tam za Boga i Polskę zginęli, a kto wspomniał o nich? Miłowałaśże się nad nimi? Zmiłuj się, miej miarę! Bez miary nawet i szlachetności nie ma. Dialy, ja Ci dobrze, święcie, sumiennie radzę. Nie spiesz się do Wielkiego Księcia. Wierz mi, Kis[ielo]wa chce Cię wciągnąć, skompromitować, na sztych wydać, to wariatka i bez delikatności żadnej, bez czucia, bez pojęcia, o ile Tobie miara i godność potrzebna, konieczna w tym razie. Zresztą nie troszcz się tak o pana Mieczysława. Wierz mi, ma dobre łóżko i jadło w więzieniu. Dwa miliony jego są z nim. Szczególnie z Thurneyssenem się nie wdawaj, ni radź, co ma robić. Widzisz, to tak infamiczna sprawa, że ktokolwiek się z jakiegokolwiek boku jej dotknie, ten nie wyjdzie, ni czysty ni cały. Wierz memu przeczuciu, nie spiesz się, nie leć na oślep. Nie dorzucać mu kamienia, to kres najwyższy Twej szlachetności. Wszystko, co więcej, nie wznosi się w górę, ale owszem już z drugiej strony nazad idzie w dół. Czy Ty to rozumiesz? Czy Ty to czujesz? Chroń się wrażliwości Twojej. Listy tych bakkantek z zimną krwią czytaj, inaczej one Cię porwą na drogę, której później Ty będziesz żałowała, i ja też wraz z Tobą.
Lepiej, święciej, szlachetniej a zarazem rozsądniej matka by Ci radzić nie mogła. Nie pisz zbyt tkliwych listów do Olg i Zofii, bo świat cały je czytać będzie i komentarze robić. Czekaj aż zobaczysz się ze mną.
Piszę wieczorem, bo chcę, by jak najprędzej Cię doszło. Cały zgrypowany jestem, zdaje mi się jednak, że 18-go wyjadę. Kissingska woda zawsze z początku jest prawie chorobą. Trzeba chodzić przy niej, ale nie po deszczu, i trwać, a po dniach kilku lepiej Ci będzie. Lecz jeśli deszcz, to nie pij, bo tak się przeziębisz, jak ja. Co do wyprawy, to odpowiem Ci: