Gdym z Alp niedawno tak spadł gracko, tęgo,

I zwiódłszy wroga, wygrał pod Marengo,

Czemuż bym teraz, gdy znów w wojnę zagram,

Nie miał zwyciężyć cesarsko pod Wagram?

Nię lękaj się tylko! Bilecik Aleksandrowi oddaj! Do zobaczenia — do zobaczenia zapewnie 20-go popołudniu — najdalej zaś 21-go.

Twój teraz i na wieki Z.

243. Do żony

Haga, 1845, 3 augusta

Widziałem wczoraj coś tak pięknego, że muszę Ci o tem kilka słów napisać. Przyjechał tu malarz, Ary Scheffer sławny, ten sam, co zrobił Franceskę; zaprowadzono mnie do niego i obaczyłem obraz, który on królowi holenderskiemu sprzedaje: Monikę, nad brzegiem morza nawracającą do światła wiary chrześcijańskiej syna swego, jeszcze nie świętego, Augustyna. Dopiero wczoraj wróciłem i dowiedziałem się, co jest sztuka malarska; wprzód nie wiedziałem, bo przed żadnym obrazem nigdy mi łzy nie szły do oczu i dreszcz podziwu, uwielbienia, miłości, nie przeszywał pleców i piersi. Syn z ręką, złożoną na ręce matki, siedzi przy niej, niżej od niej, na brzegu morskim. Ona trochę wyżej, cała morza i powietrza błękitem oblana, na tle tego błękitu bez żadnej chmury, jakby spoczywająca na piersiach Ducha ś[więte]go. Jej twarz i oczy podniesione w nieskończoność. Wlepiona twarz... i oto nie żadna przesada, w twarz niczyją inną, jedno Boga, bo to znać na jej twarzy wyraźnie, i w tym wyrazie nic innego się nie odbija, jedno Bóg. — Jej lica, jej oczy stały się pod tym pędzlem cudownem zwierciadłem twarzy bożej, doskonałej piękności ducha. Darmo bym słowami opisywał tę miłość bez miary, to zupełne stopienie się z bóstwem, to szczęście pojednania już duszy ludzkiej ze wszechmocnością, które stanowi piętno twarzy tej; mojem zdaniem ideał Rafaela niższy od tego ideału, i trzeba było 2 000 lat po Chrystusie, by tak wgłębić się, wprzepaścić się, że tak powiem, w całą głąb chrześcijańskiego uczucia, w tę otchłań rajskich uniesień i pokoju niebieskiego zarazem, która stanowi zlanie się serca stworzonego z nieskończonem, kochającej ziemskiej istoty z ukochanym niebieskim Wszechduchem. Nic bardziej miłością i zachwytem tchnącego nie widziałem, nie obaczę już — i ten obraz przez całe życie stać będzie koło mnie. Gdym patrzał na tę twarz matki, syna za sobą ciągnącą do niebios, na tę twarz, już niemłodą, niekwitnącą, a tak odmłodniałą przez uczucie, tak rozwitą, jak słońce błogości, przez zetknięcie się z boskiemi promieniami, na tę twarz, tak zupełnie duchową, że w niej piękności śladu nie pozostało, tylko rys każdy czoła, oczy, usta, włosy, wszystko, wszystko, zdaje się w niebo wstępować, choć stoi na miejscu, płynąć do Boga, choć się nie rusza, całe niebo na sobie nosić w odbiciu, choć nic prócz niej samej nie ma na obrazie — gdym patrzał na to, uczułem smutek, że nie widzisz tego arcydzieła, bo więcej, niż moje, niż czyjekolwiek słowa na ziemi ono by Ci powiedziało, co duch, co Pan, co piękność wiekuista na ziemi. Błazny, co wyrzekli, że wiek nasz bez ideału! Idealniejszego nic nigdy w przeszłości nie było, i Rafael materialistą przy tem. Dziś mi już lepiej; może mi pomogła ta piękność, bo dla mnie piękność, to zbawienie. Chciałem Ci tylko to napisać; wczoraj pisałem o innych rzeczach. Niech Bóg Cię strzeże!

Twój Z.