1845, Opinogóra, 4 septembra

Najdroższa, najdroższa Ty, Dialy moja! Od kiedym tu przyjechał, wciąż chory jestem, wciąż z migreną. Pókim był z Tobą, ilekroć wieczorem odchodziłem i przychodziłem do siebie, prosiłem się nocy, by prędzej przeszła, by ranek prędzej zawitał, by znów wstać i żyć — bo życie było dobrem. Teraz, gdy się kładę, proszę się nocy, by długą, długą była, by światło nie za wcześnie mnie w oczy przyszło zadrasnąć, bo kaleczy mi źrenice. Taka to różnica, i różnica konieczna, różnica wewnętrzna, różnica fatalna, mojego istnienia tamecznego i tutecznego. — Tam, gdzie Ty, to moje super-naturalne, zaświatowe życie, jakby powiedział Trentowius, a tu to moje naturalne, ziemskie, światowe. Więc melancholia już staje u progu ducha mego, u progu tej świątyni, co tyla ogniami i lampami i pochodniami jarzyła, dopóki z Tobą i przy Tobie. Więc i ciało zaraz moje zaczyna z sił wszelkich opadać, bo ciało moje, jak roślina „Sensitiva”, tkliwa na wszystkie ducha mego zmiany i koleje, i nigdy nie słabnę prawdziwie, jedno przez ból lub odrętwienie poczęte w duchu. To wszystko zawiera się w jednem słowie tem: „kocham Ciebie”, ale dość o sobie mówić, Ty wiesz, kto ja i co we mnie. Ty wiesz, że dwóch jest na ziemi, dwóch mnie. Jeden ten, co przy Tobie, żywy duch, drugi ten, co nie przy Tobie, martwa litera tego ducha żywego! Żywy człowiek jeden — drugi umarły — raczej umierający wiecznie, ale dość powtarzam, dość o tem, bo przed Tobą rozwodzić się mnie nie trzeba z bolami śmierci mojej. — Tobie tylko chciałbym przynosić życia mojego uniesienie, moc, prawdę i światło, jeśli światłem wykwita życie we mnie, a myślę, że wykwita, gdy się w Twojej przytomności rozradowywa. Ale to pewno, że mało kto na ziemi przechodzi przez te same koleje, co ja, mało kto tyle w głębiach samych swej istoty cierpi, mało kto tyle kocha. Czemuż św. Teresa tyle mnie zachwyciła, uniosła, zajęła? Oto dlatego, że stan jej ducha przypomniał mi wiele stanów mojego, i że siła jej uczucia pokrewnie się odbiła w sile mojego. Gdyby była szczęśliwą i spokojną w swej nieskończonej, boskiej miłości, żadnego by na mnie wrażenia nie wywarła. Zostawiłbym ją śród grona aniołów, ale że powieść jej boskiego serca, tyle ludzka, a anielska zarazem, tyle rozdarta, rozerwana, tyle pokrajana na przepaści i szczyty w świetle kąpane, tyle słowem podobna do życia mojego, dlatego to, dlatego prawdem żywą uczuł, gdym ją czytał i ukochałem wspomnienie świętej przez pewien rodzaj samolubstwa. — Do darowania samolubstwo, bo oparte na wspólności dwóch niesamolubnych uczuć, nieskończoności ukochania i w pewnych chwilach nieskończoności bolu, tak jak znów w pewnych nieskończoności szczęścia i żywotnych uniesień! Opowiedziała mi święta w swoich medytacjach to, co ja doznał i co doznaję. Wieki nas rozdzielają, a duchy nasze tak samo czuły, a to właśnie, co najsilniej uderza w dziele jakimkolwiek pióra człowieczego na serce czytelnika, gdy się serce odnajduje żywe w sercu, co z tego planety zniknęło. Gdy w umarłych głoskach uczuwa własne uderzenia, wtedy uznaje jakieś braterstwo rodu ludzkiego przez wszystkie czasy i miejsca, na przekór czasowi i przestrzeni, wtedy rozumie, co obcowanie świętych, co związek umarłych z żywymi, co magnetyczna spójnia, łącząca wszystkie duchy razem. Że Ciebie kocham, pojąłem św. Teresę — a św. Teresa wywarła na mnie wrażenie, bo wiele kochała, bo kochała ideał wieczną, nieznikomą miłością. Gdybym ja Ciebie znikomą, czasową kochał, nie byłbym zadrgnął, jak harfa, trącona niewidzialnym powiewem, na głos świętej. Byłbym powiedział: „Wariatka”, jak wielu czytelników, — lub: „Nie rozumiem” jak wielu innych, — lub: „To zapewne tylko Boga, przez łaskę osobliwą, tak się kocha i to super-naturalna rzecz”, jak wielu suchych, ślepych ortodoksów. Lecz ja nic z tego wszystkiego nie powiedziałem — jam tylko to powiedział sobie: „Tak duch kocha, — nie, inaczej, — i ona kochała”.

5 septembra, Opinogóra. Mam list Twój z 26-go z Dieppe. Przewidywałem wszystkie przykrości, które spotkać Cię miały w tem miejscu i tak się stało, jakom widział okiem serca, że się stanie. Na teraz Luszę zostaw, opamiętają ją nie słowa, nie rady, ale wyniki rzeczywiste z własnych jej czynów, i przyjdzie chwilka, gdzie w Twojej duszy będzie szukała ratunku. Błagam Cię, Dialy najdroższa, skup całą siłę swoją, wolą, tym balsamem na nerwy, spokój nerwy i powstrzymaj od zapadnięcia na nowo w tę przepaść, w której widziałem Cię, gdym przybył do Nicei. O moja Dialy, moja Dialy, pamiętaj, że życie Twoje to życie moje, że rozum Twój to rozum mój, że nerwy Twoje to nie Twoje tylko, to i moje, że melancholia w Tobie, to śmierć wieczna we mnie. Dbaj o tego ducha, przypiętego do Ciebie, który się mną zowie. Zmiłuj się, najdroższa Ty, nie giń znowu ciałem i duszą. Ah! Dialy, Dialy, żebyś Ty wiedziała, ile sił potrzeba na oparcie się, na wytrzymanie, na wywalczenie, na ciągnienie dalej życia. Są męskiego życia także okręgi, w których olbrzymem siły być potrzeba. — O Dialy, Dialy moja najdroższa, proszę Cię i błagam, staraj się być silną, wkrótce się zobaczymy, ale siła nie tylko na teraz się przyda, przyda się na wszystką resztę żywota. Nie giń mi, nie zapadaj fizycznie, o moja, moja Ty, moja! Słów nie mogę dobrać, słów nie mam. To, co chciałbym w Ciebie wrazić, żadnemi słowy nie da się wyrazić. Kiedy mówisz, że dziwi Cię i cieszy zarazem, że wpół umarła Dysz może jeszcze być życiem mojem, nie wiesz, co mówisz! Czemu to Ciebie dziwi? Czyż nie wiesz, czyż nie czujesz, że kocham Ciebie, czyż w tem słowie świętem nie wszystko zawarte? Czyż to nie sakrament ducha, dziwne i cudowne łaski zlewający w tajemniczości swej na ducha, w którym się odbywa? Nie, Ty dla mnie nie jesteś wpół-umarła, — Tyś dla mnie życiem i sprężyną życia, bo chciałbym umrzeć na to, byś żyła. Więc Ty, która możesz takie żądanie, taką chęć, taką wolę we mnie obudzić, czyż tem samem nie obudzasz najszczytniejszych potęg życia, a kto budzi w kim życie, ten życiem temu. Nie dziw się, o Dialy, ale kochaj mnie, a kochając myśl, że moja moc, inteligencja, wytrwałość, odwaga od Ciebie zależą, żem niczem, gdy Tobie niedobrze, wszystkiem, gdy myślę, żem choć trochę Ci dobra przyniósł. O, kocham Ciebie, Dialy!

Ten list zawiezie do Warszawy i zaraz na pocztę odda Eliza, która jutro do matki wyjeżdża. Ja tu jeszcze z parę dni z ojcem się zostanę, potem do Warszawy, gdzie będę aż do wyjazdu Elizy, który zapewne za dni 10 lub 12 nastąpi. Już zawczoraj Ci pisałem, jaki jej zamiar: jeśli czas nie nazbyt zimny jej pozwoli, to przez Heidelberg i Darmsztad pojedzie, wtedy by mogła z Tobą razem do Nicei, ale ona się spieszy, bo się tak lęka o zimno dla dziecka i niepogodną porę, że ten strach w rodzaj monomanii w niej się przemienia. Wydaje się jej, że już mróz na świecie i że w oktobrze już zima nad Renem i w Darmsztadzie jest. Proszę Cię zatem, moja najdroższa Dialy, każ ojcu „Moniki431”, by się spieszył, skoro wrócisz do 38, i jeśli Elizę ujrzysz, to, proszę Cię, z ojcem tym ją zapoznaj; ona mu powie, że właśnie to dla niej obraz, przez brata wyproszony. Ja, po wyjeździe Elizy, pojadę na Litwę i do Rodnia, potem wrócę do Warszawy i albo sam, albo z ojcem wyjadę ku Nicei. Zapewne w drodze z nim się rozdzielę, bo on do kuzynka pojedzie, a ja prosto. Tak dotąd stoją zamiary — ale wiesz, co to ludzkie zamiary. Z Tapanowiczem432 z Hieronima Patur. bardzo źle jesteśmy, szczególnie Gen[er]ał Ornano, — tak mi piszą z Wiednia, to tak Ci mówię nawiasem, bo mi teraz list z Wiednia przynieśli. Wracam do zamiarów, myślę, że się udadzą bez przeszkód, i że znajdę fundusze potrzebne. Zatem byś obaczyła naprzód Elizę, jeśli byś z nią chciała spotkać się nad Renem i dalej zstąpić z nią ku Nicei. Jana jej daję. Skoro przybędę do Warszawy, skoro, jak Hegel mówi, owładnę stanowiskiem całem tego położenia, tj. się dowiem, skąd wezmę funduszów na drogę, czy pojazd skończony, czy paszport otrzymany, będę dzień w dzień Ci donosił, co się dzieje, i kiedy ona i jak, którędy wyjeżdża. Spotkanie się z Tobą, ku któremu ona się garnie, byłoby dla niej ratunkiem w tej drodze, i może dla Ciebie także byłoby lepiej towarzystwo mieć, niż samej jechać tą drogą smętku. Nikomu, proszę Cię, i Eliza Cię prosi bardzo, byś o tem nie wspominała nikomu.

Bogu Wszechmogącemu Cię powierzam, znów mam Twój rewers w pularesie. Hipotekę Ci posłałem. Eliza, nie zrozumiawszy mojego listu, rewersów kopię Ci posłała, zamiast hipoteki. Pomyłka, nic więcej, posłała Ci kopię tego, co już masz w swoim biuwarze z tasiemkami. Pamiętaj Monikarza spieszyć, pamiętaj, bo za ten obraz odstąpiłbym lat wiele życia mojego. Te, które by mnie pozostały, potrójnie silnie bym przeżył z tym obrazem. Ręce i stopy Twe całuję i łzami serca oblewam. Do obaczenia, do obaczenia.

Twój teraz i na wieki Zyg.

247. Do Delfiny Potockiej

1845, Opinogóra, 6 septembra

Najdroższa Dialy, najdroższa moja! Eliza wczoraj w wieczór o 10-tej wraz z Aleksandryną i małym wyjechały do Warszawy, przy ogromnym komecie, świecącym, jak biała mara, śród czarnych chmur. Ja tu zostałem przy ojcu. Biedny ojciec. Zapada czasem w melancholie głębokie i rozmowami swemi przypomina mi rozmowy, którem miał nieraz w Nicei z tą ukochaną, która odeszła od nas. Wczoraj przez półtorej godziny przynajmniej mówił ze mną o nieśmiertelności ducha, rozmaite przypuszczenia i domysły przywodząc o innych światach i innem życiu. Jam mu dowodził, co zwykle, że nigdy nie spoczniemy w Bogu, ale coraz wyżej, dalej ku Niemu, Nieskończonemu, zbliżać się będziem. Wtedy wziął mnie za rękę, życiem zmęczony, i zapytał z dziwną tęsknotą: „Jak to, myślisz, że nigdy nie przyjdzie chwila spoczynku, le moment de quiétude433”. To słowo francuskie przypomniało mnie książkę, którąśmy razem czytali, zstępując z wyżyn San Laurentowych, i dowiodło mi, że, choć wiele w niej przesady, jednak i prawdy niemało, bo oczywiście żądza de quiétude rodzi się w znękanych duchach żywota trudami, więc skądinąd przyprowadzić duszę do tej quiétude jest to samo, co ją zanękać, i jezuity w tem mistrzami są. Przypomniało mi też to uczucie ojca, ta żądza spokoju, ten wstręt przed ruchem, postępem, wzrostem dalszym, nawet w innem życiu, Twoje nieraz boleści i słowa, kiedyś zdawała się według pysznego wyrażenia Byrona: shrink away from immortality434! Ale darmo, to są momenta w duchu, to są stany ducha znikome, to nie jego całość, bo całość jego to nieśmiertelność jego, to wszystkich jego żywotów życie. A zrazu nie pojmuje przemian swoich, każden z żywotów osobnych bierze za żywot cały, nie za część. Później dochodzi do tej wzniosłości, z której patrzy na ciąg swoich żywotów, jak na łańcuch ten sam, nieprzerwany, i wtedy sobą owłada, wtedy wyrzeka: „To Ja”, i odtąd takiem Ja anielskiem, ogromnem, nie potrzebującem już umierać, jedno rosnącem przez życia coraz wyższe, pozostaje na wieki, ciągle przestrzeń i czasy odmieniając, w nowe byty i nowe myśli, idee, światy wkraczając, a coraz prędzej i głębiej zapoznawając się z twarzą swego wiecznego ukochanego, z twarzą Boga. Twarzą tą jest wszechświat! I z Jego myślami — myślami temi są wieczne idee. I z Jego osobistością — a tą osobistością jest On Sam, On, wyższy, niż wszelki świat, niż wszelka idea — On, wszystkie światy i wszystkie idee skupiający w jedną pulsację życia, bytu, chwały, dobra, piękności, On, ten, na którego słowa nie ma prócz tego, które nie oznacza Jego, ale tylko nasz stosunek do Niego, a tem słowem „kochać”, bo jako historią serca każdego pojedynczego na świecie jest miłość tego serca dla tego, co ono najwięcej ukochało tu, tak historią wszystkich światów i duchów wszystkich nic innego, jedno rozwój ich miłości do Boga. I nie umiemy Go nazwać tak, jak On jest, tylko tak, jak Go kochamy — im głębiej, wznioślej, szczytniej, goręcej zakochujem się w Nim, tem Go prawdziwiej przybliżonym sposobem mianujemy. I dlatego, w miarę rosnącej ludzkiego rodu miłości, odmieniają się Pana historyczne imiona. Gdzieżem się uniósł, o moja najdroższa? Jeśli cokolwiek masz przenikliwości, uczujesz, że, pisząc o miłości wiecznej ku Bogu, mimo woli, mimo wiedzy, a niezmiernie naturalnie, piszę zawsze o miłości mojej wiecznej ku duchowi Twemu — ależ bo i duch Twój z Niego, z tego samego Żywego, Nieśmiertelnego i Wiecznego! I miłości dwóch nie ma na świecie, kocham Go w Tobie. Im wyżej, im święciej, im nierozerwaniej Cię kocham, tem wyżej, tem święciej, tem nierozerwaniej i Jego. Miłości k’Niemu bez miłości k’Tobie bym nie rozumiał, bym nie przenikał. Dwóch miłości nie ma. Jest jedna tylko, a coraz wyżej rosnąca, a On, pamiętaj, wszędzie jest! Wszędzie Go napotkasz, wszędzie Go się dotkniesz, więc muszę Go napotkać, więc muszę się Go dotknąć w Tobie, jeśli Ciebie w prawdzie, w całej głębi i w całej wzniosłości ducha mojego kocham! Bo, gdziekolwiek piękność, bo, gdziekolwiek dobro, tam i On!

Wczoraj przed wyjazdem długo ze mną mówiła Eliza o Tobie i wykładała mi swoje wszystkie bojaźni, żeby Ciebie nie zanudziła, bo powiada, że się czuje nudną istotą, że się boi, by na Tobie nie wywrzeć wrażenia nudy i przykrości. Pytała się, co lubisz, jak trzeba być z Tobą. Na to jej odpowiedziałem, że przede wszystkiem Tobie, smutnej nad wszystko i samotnej, potrzeba rozgrzewającego ciepła serca i starań, że niech się nie lęka Ciebie zanudzić, skoro Ci pokaże, że gotowa Cię kochać, że owszem, samaś pierwsza tę myśl podała, by ona z Tobą spuściła się ku Nicei; że z Tobą, gdy Cię spotka, niechaj tak będzie, jakby znała Cię od wieków, niech się nie przymusza do mowy, gdy się jej chce milczeć, ni Ciebie do niej ciągnie, gdy widzi, żeś zadumana lub chora, niech kocha Cię i pilnuje, jak siostra, a wtedy Ciebie nie zanudzi. Wtedy się rozpłakała i mówiła, że wszystko będzie robiła tak, byś Ty myślała, że Ci skądsiś Bóg siostrę nową zesłał, ale że jednak zawsze się lęka, by nie wywarła wrażenia nudy na Tobie, bo czuje, że wszystkich nudzi. Mówiłem jej, że w razie, gdyby jechała przez Bourder., a nie odebrała w Heidelbergu np. Twego listu z wyrażeniem nr najętej stancji, toby mogła śmiało do Ciebie, choć z całym patoklanem na pierwszą noc zajechać, że niech się nie boi, że ją przyjmiesz gościnnie i serdecznie. Potem obiecałem jej, że ją zaprowadzisz do ojca „Moniki” i po wtóre, że z nią do Amerykanina ząbnika pójdziesz, bo powiada, że nie rada by sama pójść. Zatem widzisz, Dialy najdroższa, jak stoją rzeczy dotąd. Pojechała do Warszawy starać się o paszport dla siebie. Zapewne nie potrafi przed 17-tym wyruszyć. Dopiero zapewne koło 10-go oktobra mogłaby być z Tobą, jeśli drogą nadreńską pojedzie. Trzeba by więc jej wtedy nie więcej, jak 15 dni w Bourder zabawić, jeśli, jak sama sądzi i Ty osądzisz, dla malutkiego za zimno. Prawdę jednak mówiąc, tam tak zimno nie jest, a skoro się wyjedzie, we dwa dni już ciepło. Wtedy byś, moja najdroższa Dialy, już z nią pojechała ku willi Rey. Bądź więc do tyla łaskawa, by rzucić wzrokiem na jaką stancję, którą byś, gdy pewność będzie, mogła kazać na miesiąc nająć przez Twych znajomych heidelberskich, bo pojmiesz, że lepiej, by jak najmniej o tem gadano, a szczególnie, by nie przychodzili żebracy. Ha capito vostra Eccelenza Illustrissima? Co do tego ostatniego, powiem Ci, najdroższa, że straszliwe położenie tego roku właścicieli ziemskich, pomór bydła, głód, zboża nie ma, jednego grosza dochodu nie mam, nie 5000 ale 6000 owiec mi na zarazę wymarło i konie najlepsze. Muszę się zapożyczyć. Żeby Eliza nie miała swego grosza u Thurnesseyna, nie miałaby za co kroku zrobić; z tym ostatnim także ją zapoznaj.