248. Do Delfiny Potockiej

10-ta w wieczór, Opinogóra, 6-go septembra

Najdziwniejsze niebo — patrzaliśmy teleskopem z ojcem. Wkoło Marsa naszego jakieś dziwne promienie, i w samym środku jakoby dziura ogromna, a wkoło Wenus jakby kometowe włosy. Co to się znaczy? Czyś słyszała o teleskopie lorda Ross w Irlandii, dwa razy od Herszelowego ogromniejszym, który przed miesiącem ukończono, i z którego sobie obiecują najpotężniejsze odkrycia? Wróciłem teraz do zameczku mego, w tym rodzaju435, na wzgórzu nad ogrodem, a z jego okien widać równinę, równą Kampanii Rzymskiej. W sali mauretańskiej, gdzie teraz piszę, pamiętam, z Konstantym biednym mieszkałem. Sam zupełnie jestem w tych sześciu pokojach, bo Jan sypia we dworze. Wiatr okręca się poświstami wkoło tych murów, nad kominem, pod arkadą, przebitą na wskroś przez mur, tak jak z bilaru do salonu Luszy, (pamiętasz, tam, gdzie tafla szklana) stoi popiersie z marmuru Napoleona i patrzy się we mnie, za mną fortepian, ten, na którym grywał Konstanty przed laty. Rysunek, widzę, wcale się nie udał, jutro we dnie postaram się zgrabniejszy wypracować. Leży na stole moim list Pelagii Czackiej, w którym przepisany list Jarosławowej opowiadający, że była u Miecz., kiedy siedział jeszcze w Kijowie w więzieniu, i że za jej ujrzeniem rozpłakał się i długo beczał. Na Szweykowską tą okropnie Jarosławowa wygaduje, zresztą nic takiego, czego byś nie wiedziała. Odczytałem dziś list Twój znowu i im go więcej odczytuję, tem mi żal większy do tego Dieppu, który tak bezecne wywarł na Tobie wrażenie. Biedna Lusza, która myśli, że się bawi, która sądzi, że żyje i używa życia! A ten Cavaliere che puzza436, a tożbym go dopiero tłukł, gdyby się dostał w ręce moje. Gdzie Ty jesteś o tej chwili, Dialy moja najdroższa? Możeś już wróciła, nie wytrzymała takiego społeczeństwa. Mnie strasznie dziś artretyzm męczy i takie boleści krytyczne, jak te, które niedawno miewałem. Wziąłem dziś strzelbę i chciałem pójść na kuropatwy. Wyszedłem, strasznie mnie zmęczyło chodzić i znudziło chodzić za zabójstwem podrzędnych duchów, kuropatwami zwanych. Więc, strzelcowi torbę i fuzję oddawszy, sam i bezbronny z pola poszedłem ku kaplicy. Kaplica na wzgórzu, ale z tyłu z pod niej wysuwa się podziemny kościół, w którym matki mojej zwłoki spoczywają, w trumnie, na łańcuchach zawieszonej u sklepienia lochu, nad którym kaplica. U drzwi tego lochu ukląkłem i modliłem się do niej i o nią i przebyłem z kwadrans zupełnego zatopienia w obcowaniu z światem umarłych. Klęcząc tam, zamknąwszy oczy, czułem się w innym świecie, czasem mi tylko widok Nicei i kościoła nicejskiego w głębiach mózgu się przesuwał, i wtedy modliłem się za matkę Twoją, potem znów wracałem do mojej, a wstawszy, stamtąd udałem się na przyległy cmentarz, gdzie leżą wszyscy ukochani lat moich dziecinnych: pani de la Haye, która mnie i Augusta wychowała, ta biedna Rozpędowska, którąm trzymał, gdy jej skir z piersi wyrzynali, co nie przeszkodziło jej śmierci dwa miesiące później, Girardot, Chiarini, co mnie uczył po grecku i arabsku, i wreszcie ostatni z przybyłych, Wyleżyński. Nad każdym grobem zmówiłem Zdrowaś Maria z łzami w oczach. Słońce zniżało się ku zachodowi, szum jakiś smętny żałośnił się po akacjach, nad pomnikami, i myślałem: „Czy też Dialy domyśla się, gdzie jestem w tej chwili?”. Biedni umarli, żyli wszyscy razem w jednym okręgu, co dzień do siebie mówili, śmieli się, kłócili się czasem z sobą, co dzień u jednego zasiadali stołu, i ja z nimi w dzieciństwie, a teraz leżą obok siebie pod tą samą murawą, temi samemi brzozami i akacjami, a ja chodzę po ich mogiłach, ja, którego widzieli rodzącym się i którego tak pielęgnowali, tak kochali. Potem wróciłem do ojca i z nim chodziłem po ogrodzie. Oprowadzał mnie po oranżerii i kwiaty pokazywał i rozmaite rośliny, — gadałem mu o genet d’Espagne widzianym na Jura, blisko St. Cergues, i o krzewie tabacznym, widzianym w Rey, a gdym mu te rośliny wspomniał, dusza moja marzyła Twą postać to w Rey, to na górze, zbliżającą się ku St. Cergues, i owe długozwiśne żółte kwiaty, któreś zatknęła na włosach i kapeluszu!

7-go septembra, Opinogóra. Wiesz, nie porzuciłem tego biednego, Twojem zdaniem już nad miarę starego kaftana, który Cię obwijał w St. Laurent, mam go z sobą, wczoraj w nim na polowanie chodziłem, tylko podszewkę inną mu sprawię. Zapomniałem Ci powiedzieć, że sukienki dwie admiracją się stały Elizy i ojca mego, gdy w nich malutki wystąpił. Aksamitny kobierzec także, i El. go do Warszawy zabrała. Wczoraj, gdym skończył pisać do Ciebie, czytałem trochę St. Martina. Wrońskiego mi przypomina obietnicą wieczną i wiecznem niedotrzymywaniem, udaje, jakoby wszystko znał i wiedział, tylko nie mógł tajemnic swych użyczać ludziom, zanadto jeszcze na ich pojęcie małoletnim. Oczywiście należy do illuminatów 18. wieku, o których tyle w „Hrabinie Rudolstadt”. Zawsze się tak dzieje, że zmysłowa część człowieka upatruje raj w przeszłości, bo raj był niebem dla ciała ludzkiego, a umysłowa część człowieka upatruje niebo w przyszłości, bo niebo jest rajem dla wiedzy i myśli człowieczej. Duch zaś cały, jaźń cała ludzka, powinna się starać, by ten ideał przeszłości i przyszłości zlał się w jedno teraźniejsze życie. Owa teraźniejszość zarazem rajska i niebieska zacznie się przy ciał zmartwychwstaniu, to to, co ja zawsze zowię anielstwem. W St. Martinie przeważa zawsze idea raju, przeszłości, upadku człowieka, tak, jak w filozofii idealnej Niemców przeważa zawsze idea przyszłości doskonałej. St. Martin wiele zmysłowego jeszcze i mistycznego ma. Raj, czyli doskonałość ciała, zlej z niebem, czyli doskonałością myśli ludzkiej, a będziesz miała doskonałość ducha ludzkiego, czyli jego przeanielenie, czyli taki stan, w którym już każda chwila teraźniejszości jego będzie wielką, świętą, wielmocną! Raj był apoteozą ciał, niebo dusz, duchów zaś przebóstwieniem będzie żywot wieczny, nieskończony, co chwila wyższy, miłośniejszy, piękniejszy, świadomszy, głębiej uczuty, głębiej pomyślany, śliczniej kształtowany! Te myśli nasunęło mi czytanie St. Martina, który, powtarzam, wielce jednostronnością raju nacechowany, ale w którym świetlane są błyskawice. — Żargon Generała Michała składa się z St. Martina i Svedenborga, — taką bym formułkę ułożył: St. Martin + Svedenborg — geniusz = Myciel (+ znaczy plus, — znaczy minus).

249. Do Delfiny Potockiej

8-go septembra, Opinogóra, 11-sta w wieczór

Jutro jadę do Warszawy i, skoro przybędę, list ten na pocztę rzucę. Przybyła Fregata z czółnem, jadę, a wolałbym jeszcze tu kilka dni z ojcem zostać, ale trzeba interesa Jerzane ułożyć i wynaleźć gdzie i skądsiś list kredytowy na wyjazd Elizy, trzeba służących poodprawiać niepotrzebnych, o paszporta prośby pisać itd., itd.; czyli nudzić się wszechmocnie. Dziś Gloza św. Teresy z rana przyszła mi na pamięć, ale miasto po hiszpańsku, po polsku:

Nie śmierci czuję, ale życia trwogę!

Bo taki żywot widzę tam przed sobą,

Że mi ten ziemski grobową żałobą,