I tem umieram, że umrzeć nie mogę!

Zastanę pewno od Ciebie listy w Warszawie; mam przeczucie, żeś Ty w Dieppe niedługo bawiła, i żeś już z powrotem. Ile razy wracam do Twego listu, nowy żal mnie zdejmuje. Rózgą bym dał Luszy, ale proszę Cię, o tem nie wątp, że przyjdzie chwila, w której ona potrzebować Cię będzie i w prośby uda się do Twego serca. Jeszcze w Warszawie kawałeczek dopiszę, a teraz, kładąc się, wzywam opieki Pańskiej nad Twoją głową najdroższą, wzywam spokoju i potęgi zarazem Ducha św. nad nią. Nie uwierzysz, Dialy, jakbym pragnął, by wszelkie złe mi się stało, a Tobie wszelakie dobro. Trzy dni przebyłem prawie na ciągłej rozmowie z ojcem, czułem, że go cieszę i rozrywam; wolałbym tu zostać, niż tam jechać, ale, gdybym nie pojechał, nic by się nie stało, a przecież trzeba pomyśleć i o bursztynie i o bulionie, o tych dwóch moich pocieszycielach. Trzeba drugi nakazać, by był gotowy. Pamiętaj kazać wysypać z wielkiego woru kaszę i raz ją na słońcu rozłożyć w Rey, potem znów wsypać, bo inaczej zupełnie stęchnie. Tak mi tu mówili znający się na tem doskonale! Bóg Cię strzeż, najdroższa moja!

10-ta z rana, Warszawa. Przybyłem w nocy i straszną noc przebyłem w zielonej jaskini. Nie mogę Ci opisać okropnego wrażenia, jakie sprawił ten pokój na mnie. Listy Twe z 28-go i 30-go zastałem u siebie na stoliku. Przeczytałem je, zmartwiły mnie, zmartwiły. I Natalia i Lusza zgryzły mnie, bo gryzą Ciebie, a potem przewiduję, że się gubią i zgubią, a gdy się dogubią, wiem, jak Tobie smutno będzie. Więc, zmartwiony, położyłem się, ale, gdy Jan wyszedł, gdym sam jeden został w tym samym grobie, który mnie opasywał przez całą zimę, zaczęły się snuć przede mną samym widziadła moich boleści niesłychanych, tu wycierpianych, i wpadłem nagle w stan zimy przeszłej, jak człowiek, co ze szczytu skały spada w morze lodowate. Tak nagle, tak nagle uczułem wkoło siebie śmierć, zimno, galwanizm fal duszących. Te same ściany wysokie, ogromne, surowe, pogrzebne, te same makaty śmiertelne, te same połyski świecy palącej się z tyłu, przy oknie, jak onych nocy, gdym tu szalał i przestał był być człowiekiem, otoczon marami nieszczęścia, śniąc, że mój ojciec ginie, i czując w każdej chwili, że Ty się posuwasz ku Nicei, ah, ku Nicei, i nadaremno. Wiosna, Ty, podróż cała, duch rozbudzon, wszystko to jakby nie było, a tamto wróciło, tamto ogarnęło. Dowiedziałem się jakoby na nowo, że matka Twoja chora, że Ty musisz wyjeżdżać, ujrzałem Jerzego odprowadzającego Cię do kolei, Luszę, księcia starego. Potem zdało mi się, że wchodzi ta dantejska figura Stadnickiego i donosi mi, że już po wszystkiem, i wszystkie noże, które mnie wtedy przeszyły, znów mnie przeszywały, uczułem w sobie zmartwychwstającą rozpacz, obłęd, głupotę, beznadzieję, odrętwienie, śmierć wieczną! Uczułem, co to ja, gdym daleko od Ciebie, jaka przepaść mnie dzieli od drugiego mego ja, co przy Tobie, lub co niedawno ożył przez Ciebie. Tak, jakem modlił się wtedy za matkę Twoją, zacząłem się modlić, modlić się i za Ciebie, tak, jak wtedy, gdym nie wiedział, gdzie jesteś, między Paryżem, Avignonem, Niceą. Słowem myślałem, najdroższa Dialy, żem pomieszany na rozumie, — a taki ból świeży, młody, nowo narodzony darł mi serce, gdym myślał o nieszczęściu 6-go stycznia, żem nie wiedział, gdzie duszę podziać, by nie myślała i przestała cierpieć. Co to za władza miejsc? Promień świecy jednej może tak pomieszać ducha człowiekowi. Jakżeż wiecznie wszystko, co składało życie nasze, obecne w nas jest i drzemie tylko, przeszłe nie przechodzi, — draśnij tylko czem, a żyje, wstaje, rozdziera. Okropną noc przebyłem. Piszę jeszcze pod zmory tej wrażeniem. O Dialy, jakżeż ja kocham Ciebie, jakżeż ból Twój wiekuje we mnie z przykrościami wielą, takiemi właśnie, które najbardziej drą serce, bo z serca ich nie sposób wyjąć, wypowiedzieć, więc zostają w sercu, jak ość rybia w gardle, jak muszki zdechłe w oku, jak ów kłos ogrodu jezuitów w płucach moich, czy rękawie, już nie pamiętam, gdzie był zalazł. Pij, pij wodę żelazną, niech Ci sił przyda, sił, sił. Dziwne to cudowności Aleks, opowiada o Besarabii. Ja jeszcze bardziej zwątpiłem o rzeczywistości tych dóbr, kiedy takie fantastyczne, pełne wersalskich szpalerów, narzędzi do tortur, napierśników srebrnych, tureckich szat i ludzi, o Bogu wyobrażenia nie posiadających. Przyznasz, że mieszanina Guliwerowa, ale to wszystko się rozjaśni za kilka dni, skoro do hipoteki się dostanę. Ręce i stopy Twe całuję. Grypa Twoja musiała była zwolnieć nazajutrz, bo nic mi o niej już nie mówisz. Bóg Cię najwyższy strzeż. Do obaczenia, — do obaczenia.

Twoja teraz i na wieki św. Teresa

250. Do Delfiny Potockiej

1845, 28 septembra, Warszawa

Najdroższa Ty! Eliza dziś się jeszcze nie dopakowała, ale jutro niezawodnie wyjeżdża, 30-go będzie w Poznaniu, 2-go w wieczór w Berlinie, 10-go lub 11-go w Heidelbergu, tam spodziewa się listów Twoich, zapewne koło 17-go najdalej zjedziesz się z nią. Kazała mnie, bym Ciebie bardzo o to prosił, byś raczyła z nią pójść do Amerykanina ząbnika; dopełniam jej żądania.

Przesyłam Ci przez nią:

Z rzeczy krajowych złożon upominek,

Trzewiki, bulion, kaszę, bursztyn, kminek.