Choć go w swej myśli potężnej rozbierał
I ma za mędrca M...437 i generał!
Wszystko to oddanem Ci będzie, a mam nadzieję, że bulion znajdziesz idealnie dobrym. Sam Ci drugi transport przywiozę jako i innych wyliczonych tu przedmiotów. Wczoraj od Ciebie nic nie miałem. Proszę Cię, niech tu do 6-go nowembra odbieram od Ciebie wiadomości, a później w Wiedniu poste-restante. Monikarza nie zapominaj, proszę Cię i błagam.
Smutno, nader smutno mi jest stąd wyjeżdżać na Litwę, a smutno dlatego jedynie, że dłużej listy Twe iść będą, bo zresztą niczego tu nie żałuję w Warszawie; ale to jedno, ponieważ moje wszystko stanowi, więc znowu wszystkiego tu żałuję. Wyjadę zaś dopiero 3-go oktobra, a 4-go będę w Knyszynie; pisać będę, o ile będę mógł, ale smutno mi, smutno, że tak te listy leźć będą, bo Ty wiesz, że one powszednim chlebem moim. Niedobrze mi na zdrowiu, przeklęta grypa znów się odezwała we mnie, kaszlę, i piersi bolą. To szalonego uporu jest choroba — od kiedym przeszłej zimy jej dostał, dotąd się jej pozbyć nie mogę, powraca za lada odmianą powietrza, a potem melancholia mnie znowu pożera. Gdym nie z Tobą, gdy z Tobą nie przechadzam się, gdy Tobie nie czytuję, gdy nie jeżdżę z Tobą, gdy, rano się budząc, nie czuję, że wnet mogę Cię obaczyć, to mi niemiłym wszystko i nie potrafię do niczego się wziąć, a z latami, w takich porach mojego osamotnienia, osierocenia od Ciebie, rośnie gorycz głęboka, coraz głębsza w duszy mojej głębiach. Tak mi się czasem płakać chce, że aż strach, a gdy, przy tem usposobieniu, jeszcze opadną mnie interesa, gdy trzeba myśleć o wydobyciu skąd pieniędzy, o zaradzeniu najnudniejszym wymagalnościom położenia, dobrach, owcach, kupnie zboża na zasiew, o głodzie bliskim, o procesach itd., itd., tak to dalece z moją naturą się nie zgadza, że mi ręce opadają, że mój duch ginie i, jak zając pod kapuścianym liściem, przepada pod pozytywizmem tych zatrudnień. Jedne tylko Twoje interesa to mają do siebie, że mnie zawsze napotykają gotowym, obudzonym, żwawym, bo one tem samem, że Twemi są, natychmiast kolorytu idealnego, kolorytu krwi serca mego nabierają i rozpłomieniają iskrę we mnie. Muszę się na Litwie z Grodzkim widzieć, który przybywa do mego ojca, i jeśli powierzę kwit Twój komu, to jemu do rąk własnych i z zastrzeżeniem, by go nie wydał, aż mu napiszę. Tymczasem od Stadnickiego odpowiedź przybędzie, a Grodzki wszystko mi wytłumaczy i objaśni, bo z gruntu poczciwy i bardzo biegły człowiek. Niech Bóg Cię oosłania, zasłania, owiewa wszechmiłością i wszech-opieką swą. Chciałbym Ci krwi mojej spod serca, mózgu spod czaszki dać, gdybyś mną karmić się mogła i rość w siły, które bym utracał, ależ podobno nawzajem karmimy się sobą i, wyższym sposobem, karmimy się duchami naszemi, i wtedy żaden z nas nie słabieje, owszem, oboje się podnosim i wzmacniamy. Lecz najdzielniej tak się karmim, kiedyśmy razem. O to chodzi, by i z daleka ta komunia równie żywotną i silniącą nas była. Wtedy nastałby pomiędzy nami ciągły cud! O wierz mi, wielka, nieskończona miłość jest ciągle cudem, jest rodzicielką cudu tak w ludzkości, jak w indywiduach, i nic cudownego nie stało się ani na niebie ani na ziemi nigdy, jedno przez miłość. Chciałbym modlitwami uprosić Boga, by Cię jak dziecię swe kołysał w życiu, uspakajał i koił. Chciałbym, byś dostąpiła ulgi, spokoju, ciszy, by to serce, by ta krew, by te nerwy się urytmiły i, jak pieśń brzmi miarowo, tak krążyły w Tobie. O, Ty nie wiesz, jak nieskończenie pragnę, by Tobie choć nieco lepiej było. O siebie o tyle dbam tylko, o ile mogę się do tego przyłożyć, a zresztą nic. Do obaczenia, do obaczenia, Dialy.
Twój teraz i na wieki Zyg.
251. Do Adama Sołtana
1845, Genua, 5 decembra
Otóżem i tu już: otwarte okno, morze i maszty okrętów, trochę księżyca, stuk młotów pracujących w porcie — przypominam sobie Fieska. Zatrzymałem się tu przez dziś, od wczoraj przyjechały, bo mi lepiej jest samemu zupełnie, niż tam, kędy jadę. O, Ty nie wiesz, Adamie, w całej rzeczy i rozciągłości, jakie ja mam życie, Ty nie wiesz, że np. przystałbym tu, w tej gospodzie, nikogo nie znając, ni z kim mówiąc, przebyć zimę, i że bardziej byłoby mnie tu w domu, niż tam kędy jadę. Ale nie lubię o tem mówić, dajmy temu pokój.
Już przyjechała Eliza z panią D., tu listy zastałem. Sobolewskich nie ma, oba w Rzymie, stary ojciec tylko tu438. Z Rzymu listy widziałem. Podróż odbyłem szybko, przeczytałem Thiersa i Bülowa i kilka innych tomików; zimno mi tylko było nazajutrz wyjazdu.
Ten sam Zichy, któregoś mi pokazywał, gdzieś wieczorem, już koło Bruck, zaczął mi gadać o Warszawie, że tam był w jesieni, opowiadać, co widział, wreszcie chwalić się, że zna wiele pięknych Polek, pomiędzy innemi bardzo piękną hrabinę Krasińską née Branicką, dla której miał listy od swego beau frère Odescalchiego etc., etc., etc. Jam go puszczał; poznałem, że to ten sam, który niegdyś o nią się starał w Wiedniu. „Wiesz pan — zapytałem niby z niechcenia — jaka ta pani Krasińska?”. On znów: taka a taka, z domu tak, na chrzcie Elżbieta. Wtedy powiadam mu: „Mais dans ce cas c’est bien ma femme”439. Podskoczył aż Niemiec w karecie, tak się zdumiał i zdziwił. Ogromne mi zaczął palić grzeczności, ściskać za ręce, zapraszać w Wiedniu do klubu itd., itd. Dość komiczne było to spotkanie, osobliwie zdziwienie Niemca, iż człowiek w tak niesutej burce i furażce pomiętej może mieć tak bliską styczność z ową sławioną z posagu panną. Nic wyśmienitszego od uszanowania jego, kiedy się dowiedział. Reszta drogi zupełna nicość. Antosiowi440 tylko memu ogromnie się Włochy, katedry, marmury podobają. Sprytny to chłopak. Dałem mu czytać Kitowicza; dziś mi mówi: „O, JW. Panie, jaki to podły król, ten król polski, jeśli to prawda, co tam napisano”. „Prawda, moje dziecko, podły” odpowiedziałem mu. Jutro wyruszę do Nicei, pojutrze tam stanę i zacznie się życie, od którego gdy uciekam wtedy tylko mi lepiej, a ilekroć wracam doń, gorzej i coraz gorzej. Cóż chcesz, tak jest. Są pewne rzeczywistości na świecie, przeciwko którym żadne teorie ni rozumowania nic nie nadadzą. „Tak jest” jest słowem wszechpotęgi pełnem. Cóż można więcej powiedzieć, że to słowo mocne, jak Jehowa. Nieszczęśliwy jest ze mnie człowiek, i to sam wiesz, z ilu różnych stron! Otom osiem dni dobrych przebył przy Tobie i z Tobą, jakżeż prędko minęły! Proszę Cię, ręce i nóżki księżnej drogiej uściskaj ode mnie, powiedz jej, że niezmiernie mi smutno było ją odjeżdżać i że, gdybym tylko chęci się był, a nie konieczności radził, to jeszcze bym długo przy niej się był pozostał. Niech Bóg ją wszelkiem dobrem darzy i obłogosławia! Pisz do mnie, pisz, a tem przyniesiesz pociechę temu, który Cię na zawsze kocha, a któremu piekielnie smutno.