265. Do Bronisława Trentowskiego
Nizza, 1847, 29 stycznia
Jak lew ryczący, że użyję wyrażenia Pisma, skąd i „robak nieśmiertelny” wzięty, obszedłeś jaźń moją chorą dokoła, szukając, która to strona najbardziej boli. Wszystkie — oto moja odpowiedź. By ją usprawiedliwić, życie by moje całe Ci opowiedzieć trzeba; słuchaczowi byłoby nudno, opowiadaczowi zaś nad miarę gorzko, nawet by się nie podjął. Przydaj do tego, że mój dziad, Radziwiłł, umarł na melancholią, i biedna matka moja też na tę samą, powoli wszystko w organizmie wyniszczającą chorobę; wszystko, w ciele i w duszy, nie mówię o jaźni, bo jaźń, choć ciało zgnije i zgłupieje, dusza może jeszcze bohaterskiego, świętego, boskiego czynu dopełnić; jaźnie nie chorują, tylko ciała, dusze. Otóż duszy, której przymorzyły się w życiu pewne chwile wzniosłe, porywające, potężne, nie móc do nich wrócić, czuć, że koniecznie potrzeba jej, bo drugim potrzeba chwil takich w niej, a nie móc — to, wierz mi, do gehenny idealnej podobne! Powiadam Ci, choć rumianym ci wyglądałem, od kolebkim na najrozmaitsze chorował i ciała słabości, i duszy smutki, i fałszywe niesłychanie położenia, a Bóg widzi, że z ostatnich wydobyć mi się nie łatwo. Gdyś tej strony dotknął obrzydliwej losów moich, to jest tej zależności podmiotu, trafiłeś w samo serce prawdy. Może gdzie skończę kiedy daleki od was wszystkich, co światłem się zachodniem karmicie, od was znanych, kochanych, niepodległych, choć także nieszczęśliwych, ale przynajmniej nie zagrożonych zezwierzęcenia możliwością w więzieniu zapomnianem gdzieści! Wtedy wspomnijcie o mnie!
Serdeczne Ci dzięki za tkliwą troskę, za chęć przyniesienia ratunku. Powtarzam Ci, i wierz, kiedy mówię: rozplątać gmatwaniny, zbiegiem zdarzeń, koło mnie zawiązanej i plątającej się coraz gorzej, nie łatwo, bo na to bym musiał kaleczyć pewne serca, które mi drogie, i deptać po pewnych wolach, które mi świętemi. Co się zaś modlitwy tyczy, nie taką mam rogatą duszę, jak Ty. Gdy grom mnie rozbije, albo wcale się nie mogę modlić w dziwnej a gorzkiej serca suchości, albo, jeśli zdołam paść na kolana, to już łzawo proszę Ojca, który w niebie, by pomógł tym, których ukochałem, i nowych im uskąpił klęsk. Dla siebie zaś tylko o to proszę, o to jedno, by mi dozwolił zdać się im na coś, być im sługą niestrudzonego serca i niezanękanej myśli. Na cóż bym wzywał nowych na głowę mą nieszczęść? Powiedz mi, nie próżneż to nadskakiwanie losom, i tak zawdy gotowym cię prześladować, jeśli w losy trafunkowe i dzikie wierzysz, a puste igranie z opatrznością, jeśli na jej wszech miłości polegasz? Tak Prometeusz na Kaukazie, tak Encelad pod Etną! Ale oni z naturą tylko się znali, oni ją nieubłaganą i ślepą, bogiem swym mieli. Do Wszechducha duchów możnażże tak się odzywać logicznie? Odpowiedz mi na to, a jeśli nie chcesz w liście, to po prostu we własnem sercu, na samem dnie jego! Z Fryburga aż dosłyszę Cię tu, tej odpowiedzi, w mojem!
Mówisz, drogi Bronisławie, że na kurzy skok mi od granicy szwajcarskiej. Co Ty gadasz! Spojrzże na mapę; pięć dni i nocy mi jazdy ciągłej do Szwajcarii, czy przez Francji nizinę, czy przez Alpy Piemontu. W istocie, takim skokiem graniczę z Francją: o pół godziny stąd jest graniczna, nikczemna wioska, zwana St. Laurent du Var (Dment du Var), w której komora tylko i poczty odłamanej szczątek, nie nadzwyczaj wierny w oddawaniu nieraz trudno doń dochodzących przesyłek. Nie śmiałbym na moją odpowiedzialność zachęcać Cię do przesłania rękopismu do owego oderwania ogólnej administracji poczt francuskich. Potem wynikłoby straty czasu ze trzy tygodnie. Wreszcie dyliżansem tylko mógłbyś z Strasburga posłać. Poszłoby na Lugdun, Avignon, Aix, od Aix skręciłoby się w bok i przyszłoby, albo by też nie przyszło do St. Laurent. Nie malle-pocztą481 gromką takie idą rzeczy, ale prywatnego stowarzyszenia dyliżansami, wlokącemi się nieraz, i nieraz przewracającemi się, zagubiającemi powierzone im paki. Drżę o ten rękopism, bo przeczuwam, że w nim dobro kiełkuje dla niw polskich. W liście mi więc ogół odrysuj, a nie posyłaj na możliwą zgubę, lecz wydawaj na pewny skutek. Dołączam Ci tu środek, przydatny do celu owego; zda się, że 800 fr. wystarczą — gdyby nie, natychmiast dalsze przyszlij rozkazy482. Ale wyświadcz mi łaskę, nim zupełnie dzieła dokończysz: dostań wyszłą przed dwoma miesiącami, a przez żyda Salvadora po francusku napisaną Historię ostatniego powstania żydowskiego i wzięcia Hierozolymy przez Tytusa; 2 tomy, przeczytasz w dzień jeden. Tam nauczyć się można wielu a wielu rzeczy o nas. Strach, strach, mówię Ci, jaka tożsamość położenia, a co gorsza, postępowania, niezręczności, rozstroju, niezgody, zapału niebotycznie marnego, bo pijanego wyobrażeniem, że „rzeź zdrajców” jest najwyższą sztuką bronienia ojczyzny i pokonywania postronnych wrogów. Odnajdziesz tam wszystkie nasze świętości i biedy, do joty te same stronnictwa: targowicę, Wersal, adamszczyznę, towiańszczyznę — niczego nie brak. Wreszcie wszystko kończy się na wersalczyków zwycięstwie śród murów miasta, to jest na rzeziach radykalnych, a w następstwie koniecznem zaraz potem, na tytusowem wejściu do miasta i ostatecznym Romy tryumfie, upaństwionego miasta jednego nad najprawdziwszą narodowością starożytnego świata! Wiem dobrze, że zaopatrzonemu ze stanowiska wieczności zwycięstwo to tylko pozorem jest, bo po 1700 leciech upłynionych gdzie rzymskie państwo? A lud żydowski dotąd trwa w Polsce, starą wiarą uparty przeciwko rządom znów tytusowym! Ale taka pociecha pociechą mi nie będzie, dopókim nie Bogiem absolutnym, wiekami jak chwilami rządzącym; sercu mojemu ludzkiemu potrzeba, by koniec, zdarzony okopom Hieruzalemy, nie zdarzył się naszym. Nas, wiesz, co zgubi? Niesłychana próżność! A wiesz, co to próżność? Oto dziwne usposobienie do pokory tam, gdzie dumy potrzeba, a do dumy znów tam, gdzie pokora nieodzowną koniecznością. Człowiek powinien dumnym być w celu, swoim, dla celu, do którego dąży, dla idei ojczyzny, ludzkości itd., pokornym zaś w stosunku do środka, za pomocą którego cel ten przeprowadzić ma; a że tym środkiem on sam, więc pokornym w stosunku do siebie, to jest nie żądającym egoistycznie, by od razu i wyłącznie sam wszystko przeprowadził, innych ćmiąc sławą swoją! Na tem uczuciu pokory zależy poświęcenia moc: bo poświęcić się, to przystać na to, by się ziarneczkiem było wapna w budowie, pojętej i widzianej na oczy duszne. Gdy zaś wszyscy tacy dumni w ostatecznym celu swym, a tacy pokorni co do środka, to jest poświęceni, zgoda jest, i nie ma rozstroju. My zaś zwykle dochodzim do straszliwych zwątpień, to jest pokory obrzydliwej pod względem końca, naszym zgotowanego usiłowaniom. Rzucamy się na ślep, w wigilią powstania honorem i szampanem zagrzani, sposobim się na śmierć honorową, a wiary nie czujem w zwycięstwa możność, lub tylko paplem o tej wierze głośno, a w głębi ducha bladycheśmy myśli! Ale mimo to, każden z nas ministrem lub feldmarszałkiem zaraz! Otóż bym chciał wpoić w piersi ich wszystkich tytańską dumę, dumę świętą dla ojczyzny, dla wygranej w końcu dumę, będącą właśnie świadomością zlania się uczucia polskiego z pomysłem Boga samego o losach przyszłych Polski; a znów co do ich indywidualnostek osobniczych pragnąłbym, by się nieco roztopiły w szerz, nie zaś tak jądrowo ześrodkowywały się same w siebie i dla siebie. Duma bez pokory jest szaleństwem, pokora bez dumy podłością, harmonia obu, żywym ducha pędem. U nas zaś samopasem luźnym chodzą te dwie rozkładnice. Patrz też, co się dzieje i czy już wielu, i to najdzielniejszych, fatalna próżność nie przedzierzgnęła na wariatów albo też na przewrotnych niegodziwców! Pamiętaj więc, przeczytaj Salvadora! Jakby wczoraj sam się bił na okopach Hierozolimy przeciw legionom, tak pisze. Jeszcze krew rzymska nie ociekła z jego piersi, rzekłbyś, że zamiast pióra, pryśniętą klingą miecza ryje opowiadanie swe na miedzianej tarczy. Żydem byłem przez 24 godzin, gdym go czytał, ale strach mnie zdjął, gdym nazad uczuł się Polakiem; strach, powtarzam Ci, bo powtarzam: to, w czem wersalczyki i ostatnie sprzysiężenie pokładało nadzieję, zgubiło Hieruzalemę! I w końcu końców, co dziwnego, że rozstrój nie może nic wystroić, że mordowanie swoich wroga nie zamordowywa, owszem, używotnia. W XIX wieku dopiero zaczęli ludzie o tak dziecinnych prawdach wątpić i dyskutować nad niemi. To zjawisko mnie nie dziwi, są albowiem wieki w historii, którym koniecznie potrzeba wątpić o wszystkiem, by następnie w coś uwierzyć zdołały. Lecz mnie, co do Polski, to przeraża: zbrodnie, przemienione na logikę i teorią, srogiem są głupstwem, a lubieżnie bałamutnem lub niegodziwie podchlebnem dla każdego, tylko do zbrodni usposobienie mającego. Przecież najłatwiejszą rzeczą być zwierzem, a najponętniejszą myśleć, że za zwierzęctwo historia da nieśmiertelność. Oto kanar i miód, jak mówisz! Bij więc, o duchu mi drogi i przyjazny, duchu silny i ojczyźnie zaślubiony, bij w to, co ojczyzny onej raną i rakiem. Nie miej jej za kobietę próżną, której mus jest grzecznostki gadać, bo, gdyby taką była kobietą, nikt by jej nie zdołał ratować. Są chwile rozpaczne w dziejach narodów: w takich chwilach tylko prawda wiekuista zdoła im pomóc; ona tylko, nic innego; przecież ona Boga jest zstępującym na ziemię tchem. I zaprawdę, tchu bożego dziś trzeba Polsce na to, by pokonała wszech-złego azjatycki pierwiastek. Patrz, co się dzieje na Zachodzie! Moralnie już taranem walą w konstytucyjne izby Mongoły: izby siedzą, drzemią, sypią powinszowania oratorom, ostrzegającym je, i znów siadają i drzemią. Czytałeś mowę Montalemberta483? Płakałem, czytając ją: serce polskie bije mu w piersiach, on zaczął żywot od kochania się w Polsce, a choć nieszczęśliwie się kochał, odtąd się spolszczył duszą całą. Dwie stare baby, dwie akuszerki, Francją i Anglią rządzą, bo tylko o małżeństwach wspominają i kłócą się o nie, a Kraków przemija. Zatem, jeśli my potężnemi sami nie staniem się duchy, Zachód niewiele, w swoich pantoflach i szlafroku zniewieściały, nam pomoże. Nasze takie powołanie, że nie tylko siebie, ale i Europę i cywilizacją zbawić możem, tych zbawić, od których nadaremno zbawienia czekaliśmy od 1773 r. Ale na to musim porzucić głupstwa nasze, nierozumy, próżności, lekkomyślności, zawistki, prywaty, zgoła dzieciństwa. Bohaterom i świętym pozwolono obalać mocarstwa piekielne, ale nie dzieciom lub pijanym niedowarzoną myślą! Musim stać się bohaterami i świętymi, lub zginąć! Powiedz im to, powiedz! A kiedy kto komu zaszczyt czyni, że go woła na bohatera i świętego, może przy tem sobie pozwolić pewnych przestróg i karceń. Sat est484 na dzisiaj, drogi Bronisławie; głowa mi już pęka i zapadam w chorobliwy dreszcz. Nie wyobrazisz sobie, jak dalece mój organizm schorobliwion i przepsuty. Bóg z Tobą i z książką Twą. Błogosławię wam obojgu, i ojcu, i córce, a chciałbym pierwszej lice oglądać na oczy, drugiego zaś pierś przycisnąć do piersi. Twój
Heidelbergski.
266. Do Augusta Cieszkowskiego
1847, Nicea, 8 marca
Mój drogi! Niezawodnieś zgadł. Mnie od kilku dni lepiej. Dziwne to między nami krążenie ducha. Ale wierz mi, mnie diabli wezmą, a Ty zostaniesz, wierz mi! Bo mam na świecie do roboty z potęgami, które mnie gubią, a którym tylko mogę ręce i stopy całować, bo mnie gubią z dziwną naiwnością, z dziwnem, wiecznem błogosławieństwem, kładzionem mi na głowę, i to najszczerzej. Jedno z dwojga: musiałbym albo siebie samego się wyrzec, tj. tego, czego się nigdy nie wolno człowiekowi wyrzec, dopóki jest — albo walczyć okrutnie. Że zaś i to drugie byłoby wyrzec się siebie, tj. serca, rozumu zaś także skądinąd niepodobna, więc, drogi, chyba mnie Bóg zbawi! Ja rzadko o tem mówię, ale głęboko czuję. W każdym liście, co odbieram od ojca, tylko skargi na samotność — i prawda, on samotny! Nie ma co mówić, samotny i wiecznie spodziewający się, że wreszcie zadzwoni godzina rozsądku, to jest, że żywy duch przystanie na śmierć swoją485. Taka jego nadzieja. Smutne to wszystko koleje w piekle na ziemi! Nim wyruszysz, jeszcze przeszlę Ci więźnia486; przeczytasz, osądzisz, zostawisz Konstantemu. Na sąd Twój Celina487 się zdaje. Co do pieniędzy, to je także powierz, gdybyś odjeżdżał, Konstantemu.
Na mózgu nieco mi lepiej, ale oko prawe dokucza, dolega, kiepsko dowidzi. Nie wiem, co to jest. Zmartwienie mam okrutne: sam okpit, okpiłem — i to złote serce okpił J-go488. Panna Katarzyna489 formalnie idzie za pana Adama Potockiego. Biedny Jerzy! Wściekłym. Nigdy od kobiety żadnej nie był oszukan, jedno od tej panienki, i to nie ja jeszcze, jedno przeze mnie mój przyjaciel, i do tego ginący przyjaciel! Pojmiesz, co mi się dzieje! Może plunąć w oczy nie serca mego, ale rozumu, ale przenikliwości! Scena w nr 38490 także mocno mnie zgryzła. Mało przyjaźni czuje dla kobiety człowiek, który się u niej tak zapomina; jeśli więc nie przyjaciel, to srogi nieprzyjaciel! A jeśli tak, to narobi wcześniej czy później harmideru.