O Adamie491 nie mówię — zdziczał od biedy i przechrzcijaństwa. Zresztą nigdy nie dbał o maniery swe, jest sui generis492. Ale G-ał493 kiepsko się spisał, i ja na ludziach rzadko się mylę, panny wyjąwszy. Pisz do mnie częściej, proszę Cię! Ściskam Cię serdecznie i obłogosławiam sercem całem. O eter się nie lękaj — ani myślę. Mówisz, że o wojnie gadki? Bóg by dał, by to nie cacanki były!

Twój na zawsze Z.

Na wszelki wypadek każ, by w Wierzenicy była zawsze gotowość do przyjęcia botanicznego zielnika494 mego jakiego, czy teraz, czy później, czy kiedykolwiek. Myślę, że tu do połowy maja będę.

Panna Beaupré umiera w Romie na nerwową gorączkę.

Kocio Br. żeni się z córką Hermana495 — to ostatnie dobrze.

267. Do Stanisława Koźmiana

21 kwietnia — 1847, Nicea

Kochany Stanisławie!

Aż serce pęka krytykowi, gdy rozważa, jaka nędza i małostki jakie na wszystkie strony, np. list Vice-Marszałka, owa wymowa heliodorowa — z drugiej strony ów cywilizowany liberalizm Ulrycha, taki juste-milieu496, taki rozsądnicki, taki martwy! Co chwila niby doławia się czegoś, ale tylko, jak ogar, oszczekuje miejsce, nie trafia na zwierza. Uznaje, że cementem, co ma spoić zawzięte stronnictwa, religia, — ale, trafiwszy na tę wiekuistą prawdę, bo właśnie dlatego i zwie się religią, że jednoczy i spaja wszystkie rozmaitości światów, trafiwszy, mówię, na tę prawdę, natychmiast całość jej żywotną zatraca, przemienia na martwą literę, myśląc, że można bez wiary, to jest bez wiedzy, czem religia, bez ognia, płonącego w sercu, religijnego, bez przeistoczenia aż miazgi i szpiku swego w miłość do Boga poradzić co ludzkim stronnictwom i w istocie je zjednoczyć — czem? — Tem, czego sam jednoczący je — nie posiada! A głupie byłyby dać się przez takiego jednoczącego połączyć. Prawda tylko jest prawdą, nie żadne udanie, nie żadna szarlataneria, nie żadne świeckie przystanie na użytkowalność i korzyść religii, co zdoła sprawić na świecie. Od takiego właśnie pojęcia, które jest hipokryzją, wszystkie rządy zginą. Miłość tylko żywa, prawdziwe ducha zjednoczenie z bożym duchem, rozlewa się w świat i koi ból wieków, i nowe wieki spładza! Ja myślę, że Ulrych na bardzo jeszcze niskim stopniu duchowym stoi — na znamienitym już świeckim — bo jest tolerant: już nie wyje, już nie woła o gilotynę, nie pochwala ni wielbi rzezi galicyjskiej, choć nie przyzna, że dołożyła do niej centralizacja nauk i podszeptów nikczemnego głupstwa swego. Ale skądinąd żadnej wiary nie ma, a jednak żyć nie można bez żadnej. Trzeba żywemu duchowi, na to, by był żywym, mieć w głębi swej coś, co sacrosanctum497 jego jest — a nic, jedno coś opartego na Bogu, coś zakorzenionego w Bogu, coś dłuższego od trumny, głębszego, niż grób, taką świętością być może.

Świętość wszelka ziemska musi na niebieskiej się opierać, bo inaczej skądże by logicznie i prawdziwie była świętością na ziemi? Naród, nie wiedzący, że jest tajemnicą bożą, że jest sprawą bożą, że do piękności myśli bożych należy, wcześniej czy później przeminie. Wszystko, co nie od Boga, a w myśli ludzkiej jest, przypadkiem tylko być może, nigdy zasadą — namiętnością, nigdy celem. To znowu, co niby tylko do Boga dąży, a nic wspólnego nie ma z ludźmi, z ojczyzną, z ludzkością, także chrome. Człowiek każdy powinien pamiętać, że jego Bogiem Chrystus — to jest usprawiedliwienie natury ludzkiej przez boską, a znów poświęcenie tej natury ludzkiej dla boskiej, czyli, że obie natury w ciągłej i nierozerwanej komunii. Demokraty, tak samo jak jezuici, psują ten wyborny i żywy nastrój. Przymierza, między miłością Boga a ludzi, zawartego na wieki w słowie chrystusowem, równo przykazującem kochać Boga i ludzi, niech nikt, kto chce żyć, nie rozrywa! Bo, skoro rozerwie ową całość, natychmiast śmiertelny zaród wkradnie się w jego naukę, czyny, marzone teorie, gmachy polityki, instytucje! I wcześniej czy później śmierć się w nich objawi, a wreszcie i pochłonie! List Ulrycha pełen śmierci zarodów. Jeśli się wyżej nie podniesie demokracja, to po niej! Jakżeż nie cierpię takowych frazesów, studenckich jeszcze: „Nim się przeistoczę na twego politycznego, tj. najzażartszego nieprzyjaciela itd. itd”. Frazesa z dawnych lat! Ale oczewiście, że muszą trwać w umysłach i sercach, nie pojmujących, co religia, która w sobie religuje wszystkie nieprzyjaźnie, i właśnie tem przemienia je w miłość! W religii występuje ludzi, powaśnionych i krwi chcących, najwyższy rozjemca, jedyny ludzi rozjemca, Bóg — i on im podaje właśnie tę wyżynę, ten szczyt, ten punkt, który wspólny jest wszystkim ich sercom i umysłom, choćby od siebie rozpryśniętym aż po drogi mleczne odległości i przeciwieństwa! Tu się liberalny Ulrych nauczyłby, że polityczny, najzażarłszy nieprzyjaciel jest głupstwem lub zbrodnią, dzieciństwem lub hańbą! Bo dopóki trwać może taka zaciętość, Rzeczpospolita bańką mydlaną, marzoną, wydmuchiwaną, ale i rozpryskującą się wciąż! Kiedy mówię „Rzeczpospolita”, to nie rozumiem republiki, prosto rozumiem całość państwa naród wszystek! Z nieprzyjaźni tylko dalsza nieprzyjaźń, rozterka, rozstrój i rozsyp. Z miłości jedynie życie i gmach. Ale kończę, jakem zaczął; miłości nie ma bez Boga. Tylko ów Rozjemca ją dawa!