Teraz powiem Ci, mój drogi, że tłumaczenie Danta498 jest dobre, a przydałbym: miernie dobre. Pierwsze dwa wiersze, mojem zdaniem zmienić trzeba. Po co to „Jak”, które drugi wiersz rozpoczyna? W Dancie tej formy zapytawczej nie ma. To zupełnie barwę zmienia i nic potem. Zresztą dobre. Trudność, jedna z najnieprzezwyciężeńszych, więc żądać więcej nie można. Kłaniaj mu499 ode mnie i powiedz, że bardzo żałuję, iż nigdy się z nim nie zeszedłem, ale żem czytał wiele jego wierszy — że mam go za mistrza w robocie zewnętrznej wiersza, ale że mniemam, iż nieraz zanadto tej robocie poświęca wewnętrzną treść, która nie dość jasno wygląda spod tej dźwięcznej i ślicznie utoczonej powłoki, że zresztą w tłumaczeniu Danta tego zarzutu mu nie czynię, bo jasne — żądałbym tu zawsze trochę więcej energii zewnętrznej, w wierszu samym. Uważasz, szczere zdanie tu mówię. Znasz człowieka lepiej ode mnie. Jeśli to ma go obrazić, to nic nie mów — tylko, że bardzo dobre.
I ja smutny, mój Stanisławie, i mnie zewsząd dochodzą smutne wiadomości. Biedny pan Stefan500, ale w Bogu nadzieja, że nic mu nie będzie gorszego. Co do matki M.501 od dawnam to uczuł, coś Ty w dniu procesji — jeszcze wtedy, kiedym poglądał na idącą prawie pieszo z księdzem Jełowickim po nadbrzeżu morskiem z Genui do Romy, w tej właśnie chwili, kiedy po tem Morzu Śródziemnem płynął na złoconej i mahoniowej „Kamczatce” książę świata tego502, a za ogromnym statkiem onym na barkach pomniejszych króliki i książątka, odprowadzające go aż do Palermo — on i owa biedna, nędzna, pokaleczona i niemocna — oboje ku Romie zdążali, oboje tam stanęli, oboje tam śmiertelną walkę rozpoczęli, on w potędze Nabuchodonozorów, ona w ubóstwie i prześladowana nie tylko od okrutników, przyrodzonych wrogów swych, ale i od rzymskich faryzeuszów. I zdawało się, że książę tego świata przegrał przed światem całym, a męczennica w chwałę prawdy się ubrała i głowę zdeptała wroga — i może zaśpiewać Super aspicum et basiliscum503.
Co do tych 150 fr. tak się rzecz ma — zupełnie nie tak, jak się domyślasz. Konstanty poszedł, wyprawion do Wielogłowskiego spytać się, wiele potrzeba, by zapobiec opóźnieniu ceremonii. Wielogłowski, wcale nie wiedząc, że Konstanty przybył z sukursem, drapał się w głowę, mówiąc, że nie ma za co wykupić, ale że w tych czasach Ty nadeślesz z Romy 150 fr. i że się wykupi. Wtedy Konst. owe złożył 150 fr. od bezimiennego, a ja, wiedząc o tem, ostrzegałem Cię, byś Ty już nie posyłał — oto prawda cała. Kiedym rady Twej chciał zasięgać to owszem w rzeczy, gdzie byś był bardzo nią mnie oświecił — byłbym się zupełnie na mnie oświecił — byłbym się zupełnie na Twój sąd zdał. De litteratura res erat504. List Ulrycha Ci odsyłam.
Najdziwniejsze wieści krążą — o przyjeździe Mik. do Paryża, o amnestii, o wicekrólestwie Michała, o łaskach, o restauracji statutu organicznego — nie konstytucji naturalnie, przez wpływ Guizota. Wszystko głupstwa, a gdyby nie głupstwa, to gorsze jeszcze szkody i hipokryzja głęboka! Wszystko, co mi piszesz o Piusie, serce mi rozszerza. Przynajmniej jeden duch, wierzący w Boga i kochający ludzi, na świecie! Tak to ciasne serca ludzkie! Ale on ma szerokie — świetlane — i dobrze człowiekowi choć z daleka na takie spoglądać, bo się rzeźwi i nadzieję ma. Niech Pan mu błogosławi i pośle aniołów do odsuwania kamieni z dróg jego, bo czarty mnóstwo ich tam nagromadzą. Dzięki Ci za Twe listy, Stanisławie, i za wypieranie się — dzięki — dzięki!
Twój z serca
Heidelbergski.
Zaraz pisz, bo może wkrótce wyjadę. Edward to najszlachetniejszy duch — nie bój się, nie zapomnę.
268. Do Adama Sołtana
1847. Nicea, 22 kwietnia
List Twój z piątego kwietnia, z łaskawym przypisem Marysi, odebrałem wczoraj. Wszystko, co mi radzisz najdoskonalszą radą, najwyborniejszym pomysłem; to jedno by rozciąć mogło, raczej rozwiązać, nie rozciąć, węzeł gordyjski moich losów. Bo co do rozcięcia, rozciętym być może aż nadto łatwo i każdochwilnie; ale straszliwe znów przeszkody tego pomysłu wykonalności mieszczą się w innych okręgach tychże losów moich. Trzeba na nowo walkę wznowić i to już z sędziwym, znękanym, wielu walkami otrutym i coraz w gorszy humor wpadającym ojcem. Darmo, ja nie mogę dni mu starości zatruwać i niepokoić, wolę kiedyś wszystko znieść. O mój Adamie! Całe życie moje było tylko rozdarciem, tylko jednem długiem a smętnem fałszywem położeniem, i tak już zgorzkniałem, że aż strach! Czasami chwyta mię taka melancholia, że w istocie zaczynam powątpiewać o rozumu całości w czaszce. Uciekam od widoku ludzi, trochę spokojnieję tylko, kiedym zupełnie sam, gdzie na jakiej ścieżce górzystej, śród skał, śród natury milczącej, która mi nie kraje serca żadnemi ni wyrzuty, ni odpowiadaniami, ni nowinami, ni proroctwy, ni wspomnieniami! Lecz, skoro wracam między ludzkie duchy, wnet czuję się jakby prowadzonym na stracenie, gilotyną mi się staje moralną każdy bliźni mój. Szalony stan, przyznasz! Skwaśniałem, zgorzkniałem, roztrzaskałem się i osłabłem nad miarę. Stąd wynika, że mi determinacji brak do wszelkiej rzeczy, która by mnie w nowe walki wprowadziła i kazała drugich kaleczeniem siebie samego kaleczyć przez odbicie. Ale, że masz najświętszą prawdę w tem, co umyśliłeś dla mnie, to pewna. Będzie z tego, co Bóg zechce i rozstrzygnie. Zdaje się, że wkrótce będę wracał ku Królestwu, postaram się jechać nieopodal od Ciebie i wstąpić lub Ci dać znać i poprosić, byś kilku milami się do mnie zbliżył. Jednak pewny niczego nie jestem.