Najrozmaitsze pogłoski się rozchodzą o jakiejś amnestii, o jakichsiś restauracjach. Gwałt, przybierający lica uprzejme, zowie się obłudą; za to Chrystus tak ganił Faryzeuszów, i sam Chrystus był zdania, że hipokryzja jest gorsza od gwałtu. Więc w gorsze zstępujem. Ale to wszystko wygląda mi na baśnie. W Romie naszej starej trwa zapał niesłychany ku Piusowi i edykt cenzury go nawet nie ostudził. Makryna505 już dostała pozwolenie założenia bazylianek: odstąpiono jej, obok klasztoru Trinita del Monte, drugi gmaszek, niby klasztorek, co w ogrodzie, jeśli pamiętasz, na ten koniec. Procesją po onym ogrodzie, złożoną z naszych księży, wielu cudzoziemców i dwóch kobiet, Polki i Włoszki, co już rozpoczęły nowicjat, inaugurowała odnowienie wytraconego zakonu. Szła przodem, trzymając w ręku prosty z drewna krzyż, podobny do tego, który trzymała, gdy na czele prześladowanych sióstr wychodziła z Mińska. Pius przed ostatecznem zezwoleniem wyszedł do pobliskiego pokoju, kląkł i wezwał Ducha Św., potem wrócił i rzekł: „Kiedy taka wola boża, niech będzie”. A jeden z kardynałów wtedy: „Ale co powiedzą potęgi?”. A on znów: „Nigdym, od kiedym wstąpił na tę stolicę, nie zważał na to co one powiedzą, jedno na to, co mówi Pan!” Pamiętasz, Adamie drogi, broszurkę Marcellinianę, jak to my wtedy się zastanawiali! Dziwne losy nad tą kobietą a opiekuńcze: pomnij tylko, przez co przeszła, jak nadbrzeżem morskiem szła ku Romie, w tej samej chwili, kiedy po morzu onem płynął na pysznym statku jej wróg; jak się oboje spotkali w wiecznem mieście; jak on zrazu zdawał się wygrywać, jak prawie się jej zaparł nieboszczyk Grzegórz506. A jednak w końcu ona zwyciężyła moralnie i dźwignęła swój zakon wytracony, i odnowiła go, i do nóg jej padają, i głoszą jej cuda! Angliki nawet, i wszyscy ją uwielbiają, a ano dotąd żadnym językiem niewypowiedziana, jedno po polsku! Jużci palec boży na jej czole leży!
Co się zaś dotyczy spod deszczu pod rynnę, nie sposób odmienić ducha tysiącletniego w tem, co stanowi jego wieczne podstawy, bez zatracenia siebie samego. Wyjmij serce człowiekowi, żyć przestanie; są pewne organki, konieczne do żywota potrzebne dla społeczeństwa jakiego: takim organem jest idea, którą żył wykonywał w każdej chwili życia; paznokcie, włosy, skóra, ręce, nogi itd., itd., mogą odpaść, przemienić się — mózg i serce nigdy, pod karą niebytu!
269. Do Konstantego Gaszyńskiego
Nicea, 11 maja 1847
Mój drogi! Wstrzymaj się do przyjazdu Elizy, który wnet nastąpi, z kupnem francuskich rent; dopiero po rozmowie z nią zobaczysz, jaki bankier lepszy. Staś nie tylko wyzwoleńca, ma i co innego, na oba zapewne i w tych dniach przeszle konsens. Chwała Bogu, że tak po Turczech i Ameryce latasz, i pływasz, i z Franciszką się widujesz507. Piękna była nad pięknemi! Tylko się nie leń w wyrobieniu. Nieraz Ci powtarzałem, że Twoją misją wycerwantesować nam lechickiego Don Kiszota, coś podobnego, to jest epopeję, pełną śmiechu a łez! Najwięksi komicy to mają do siebie, że zawsze pod komicznością ich tragedia siedzi, jak wąż pod kwiatami i zielem. Cerwantes, Molière, ze szczegółów śmiech chwyta, ale wrażenie ogólne powstające — smutek! Pamiętaj i o tem, bo to sztuki prawo. Wszelka tragedia winna się rozwięzywać we wyższe wesele, wszelka zaś komedia musi być podszyta smutkiem, inaczej nie ma całości i harmonii. Bo tak jest w rzeczywistości, tak jest na świecie bożym. Ale wpychać tragiczność gwałtem pod komiczność nie należy; nic łatać, nic zszywać nie sposób, to samo z siebie wyniknąć powinno. Jeśli komiczność prawdziwa, jeśli się agituje szeroko, jeśli żywą jest i chodzącą i krew ma w żyłach swych, to fatalnie się taki w niej znajdzie wypadek. Pisarz wiedzieć o tem winien, czuć to, ale nie powinien o to się pocić.
Życzę Ci szczęśliwych podróży aż pod Sawanah! Tam wszelka komiczność w hymn się zamienia śmierci, a znów ten w nieśmiertelności pieśń, i z ust bohatyra konającego może wyjść proroctwo, które tę całą komiczną sferę wnet rozświeci anielskiem światłem, bengalskim ogniem wiary, nadziei, miłości! Ściskam Cię z głębi serca.
Napisz do Augusta, że wolałbym, by rzeczy Danielewicza były w Wierzenicy, niż w gospodzie. Napisz, że Eliza wkrótce przez Berlin jechać będzie i że proszę, by wtedy opiekował się swoim chrzestnym synkiem. Napisz, że i ja zapewnie we dwa miesiące później tamtędy pojadę.
Pisz często! Smutno mi nad miarę. Już głód i u nas, coś okropnego idzie na świat ten! Obaczysz!
270. Do Bronisława Trentowskiego
Nicea, 20 maja, 1847