Jest tam taki frazes: Dans ces temps, Sire, de miséricorde du Seigneur, la dure limite, établie entre les vivants et les morts, s’est radoucie et les Esprits des morts, entre autres l’esprit de l’empereur Alexandre, entourent le trône de votre Majesté557.

Cette limite radoucie bardzo mnie uderzyła, bo nieraz takem mówił, że przyjdzie do tego za dni naszych jeszcze. Zresztą rozumiem, że każdy Polak, który list ten przeczyta, odbierze wrażenie zmoskalenia się towiańczyków. Inaczej być nie może — a rząd, do którego ten list pisany, niezawodnie dość subtelny i przenikliwy, by pojąć, że mógłby wielu pomiędzy niemi, udając, że przystaje na ich mistycyzm, zyskać sobie i sługami swymi obłąkanymi uczynić. Jednakowoż wszystko to pochodzi z tej zasady, że Towiański, wciąż się stawiając na stanowisku Chrystusa, całkiem przybiera ruchy i postawę rozkazową Chrystusa; nie tylko przepis chrystusowy chce wprowadzać w czyn, ale zupełnie drapuje się jako drugi Chrystus. Pojąć by można, że Bóg tak wzywa Mikołaja — rozumiesz? I dlatego Bóg by nie był Moskalem.

Lecz Polak, który tak wzywa Mikołaja, musi niechybnie wpaść w pewną barwę moskwicyzmu. Pojmujesz? Że go zaś słuchający i czytający za Boga nie uznali wszyscy, więc tym, którzy go nie uznali, musi koniecznie w optyce ludzkości swej wydawać się nieco zmoskwiczałym, a raczej ku Moskwie nakłonnym! Chciałbym, byś to dobrze zrozumiała.

[...] W głębi ducha adamowego niezawodnie wre dla Polski wulkan i dymy tylko tego wulkanu czasem mogą zmylić wzrok, szukający jego wrzących płomieni; nie ma na tej ziemi ogni bez dymu.

Makryna ogromne wrażenie na nim wywarła. Wciąż o niej mówi. Między jej potęgą, w istocie nadzwyczajną, i potęgą Towiańskiego, w istocie niezwykłą, odbywa się rozdzierający bój w sercu tego człowieka.

Jednak myli się, kto myśli, że Towiański pobity, pokonany. O, nie! Wczoraj mi mówił:

„Jeden tylko był Chrystus na ziemi, który to samo czynił w każdej chwili, co myślał i mówił; myślał zaś i mówił po bosku. Drugi zaś był człowiek, Napoleon, który najwięcej się zbliżył do tego pod tym względem, że także wciąż działał, jak myślał i mówił. Ton jego czynów ten sam, co ton jego biuletynów; i to wielkości znamieniem (wielka prawda!). Jednak nie myślał i nie mówił bosko — ale dość na tem, że ciągle równy był działaniem swem swemu myśleniu. Otóż znałem człowieka, który tę sztukę doprowadził do najwyższego stopnia doskonałości, który całym sobą jest tem samem, co myśl w głowie jego, co słowo na ustach. Inny każden duch, coby tak trzy dni przeżył, jak ten człowiek żyje, dopełniając w każdym postępku, za każdym krokiem, całkowitości swojego pojęcia — nie wytrzymałby, zginąłby, poderwałby się. Otóż nie wiem, kiedy zdarzą się przeczucia tego człowieka, ale wcześniej czy później — może za kilka wieków — duch tego człowieka... tak, być nie może inaczej — duch tego człowieka świat przebije!”

Na te słowa pomyślałem sobie w smutku, gorzkim, jak piołun wieczności: „Czyż znów to samo? Czyż znów po wiekach tylu oblężona Hierozolima? Rzymianie podsuwają się z taranem pod bramy, bronią się zelatory wściekle, a bramą jakąś tam boczną wychodzą pierwsi chrześcijanie, gardzący obroną miasta świętego, idący obalić Rzym i pogaństwo — ale dopiero za wieków trzy lub cztery!”.

Jak błyskawica, ze stopionych sztyletów płynna, przeleciała mi ta myśl przez mózg.

Wiesz, wszystko, co widzę, wszystko, czemu się przypatruję, raczej wiarę moją obala (nie bój się — nieobalalna), niż podpiera! Wydaje mi się, że ten planeta mgłą czarną oddzielon od Boga, że czasem po mgle tej okrężnej rozlewają się czerwonawe połyski, odbicia świateł wiekuistych z oddali — ale nie samo światło. Wygląda mi na to, jakby nie było obcowania duchów naszych ze samem światłem, jedno z temi czerwonawemi na mgle odbłyski.