Rzym, 1 marca, 1848 r.

[...] Wczoraj z rana Adam się spowiadał tam, gdzie mieszka Makryna, a wiesz komu? Śmiertelnemu nieprzyjacielowi: Jełowickiemu księdzu. Eliza561, która była u Makryny podczas tej spowiedzi, w przyległej sali się odbywającej, mówi, że słyszała jakby krzyki rozpaczy, jakby ryki krajanego nożem. Wystaw sobie, że jakaś siła nadludzka zmusiła posąg Mojżesza562 wstać z kamiennego siedzenia w kościele św. Piotra in vinculis i pójść przez Corso do Hojera (tego, co medalion Twój robił) i prosić go o to, by mu kształty poprawiał — posąg michał-anielski ten, wystaw sobie pod dłutem poprawczem otyłego Saksona — albo Wenus medycejską żywą pod nożem, chirurga jakiegoś, co jej pierś rozkrawa i chce ją przemienić na takiego varnished gentleman563 — a będziesz miała wyobrażenie mąk adamowej duszy, spowiadać się zmuszonej takiej miernostce złośliwej i małej, staropanieńskiej i cierpkiej, karlanej i suchej, jak Jełowicki! Tytan w więzach u karła, jak w Eddzie skandynawskiej bywa — lew konający pod łapą lisa lub borsuka... Bo jużci Jełowicki przez lata ścigał za tym ideałem, by on, mierny i próżny, dostał w moc swoją urzędniczą pychę i geniusz adamowy, który jego próżność złajał, podeptał, skaleczył. I stało się!

Urząd doprowadził mesjanizm do zgięcia kolan przed sobą. Ryczał też z bólu mesjanizm. Lecz rozważ także, jaka to pycha, chcąca szturmem zdobyć władzę cudowną, niebieską — u Adama. Tą żądzą bez miary miotan, to u Towiańskiego sił nabiera, to znów padnie do stóp konfesjonału Jełowickiego. Czy tak, czy owak, chce celu dostąpić.

Zapewne myślał, że, gdy dopełni takiej nieskończonej ofiary, gdy tak się przegnie w dziesięcioro, tak się poniży i upokorni duchem, toć zaraz potem wstanie z pod tego konfesjonału, jak olbrzym w obliczu Boga, że nieskończoność pokory da mu nieskończoność potęgi. Szturmem wziąć Boga! Boga, czy tak owak, zmusić! Oto myśl, oto zamiar!

A małe serce Jełowickie jakżeż musiało się rozpuszyć z radości, z odniesionego nadymać się tryumfu! Bo ono nie czuło, że Adam w tejże samej chwili ma je tylko za narzędzie do swojego celu, że używa jego, jak kleszczy brudnych i twardych do brania z niebieskiego pożaru węgli rozżarzonych! Ono pewnem było, że w tej walce zwycięstwem się już cieszyć może — a to pewno próba tylko adamowa: czy pokora najgłębsza dobrym jest sposobem do najwyższej potęgi!?

Dramat to cały: Makryna, Adam i Jełowicki. Błogosławiona a prosta, Tytan szturmujący do sztucznych cudów — i prozaiczny, mierny, próżny człowieczek. Tragedię bym mógł z tych trzech osób napisać. Tymczasem nie napiszę jej!


Dowiaduję się w tej chwili, że wczoraj spowiedź adamowa 2 ½ godzin trwała i jeszcze niedokończona, bo dziś znów tamże poszedł i spowiada się, a wczoraj oba, on i spowiednik, wyszli z konfesjonału łzami zalani. Jednak po południu w jakiejś kawiarni Norwida napotkanego złajał pan Adam i tak spojrzał nań, gdy ten mówił, że kościół ma prawo wymagać cierpliwości od ludzi i nie spieszyć się na drogach swoich — że aż struchlał i powiada, że już nigdy nie przemówi do p. Adama.

2 marca. W tejże chwili dowiaduję się, że p. Adam wczoraj się jeszcze spowiadał od 10-ej do 2-ej temu karłowi moralnemu, zwanemu Jełowickim — i dziś ów karzeł napuszony głośno oświadczył po mszy osobom przytomnym, że p. Adam poddaje się decyzji kościoła i papieża. Dał mu zaś absolucję wczoraj z pełnomocnictwa papieskiego, po które był się udał, nim przystąpił do spowiadania tak wielkiego heretyka!

Bądź co bądź, karzeł trymfuje. Pana Adama nie widziałem. Biedny, rozdarty, walczący duch! Skała granitowa, miotana na wsze strony jak trzcina, trzęsieniem ziemi! Płacząc zacząłem, płacząc ten list kończę.