August „liguje” w Poznańskiem.
310. Do Cypriana Norwida
12 lutego [18]49 r.
[...] Więc w Babilonie! Ach, strzeż się, to otchłań! Zrazu się nią gardzi, depta się po tym bruku, a powoli bruk tak się przypodchlebi podeszwom, tak zacznie szeptać dziwnych pełno powieści im, że przylgniewają coraz bardziej, i wreszcie zlepią się z asfaltem — człowiek cały stanie się niby rośliną, gdyby drzewem tego wszechpotężnego bruku. Tak do oceanu słonego, co z piersi serce mu wymiatał z początku, później przywiązuje się marynarz. Ach, strzeż się tego oceanu kamieni i serc skamienionych lub rozwściekłych! Tam ludzie stają się albo katami z niemiłosierdzia, albo katami z miłosierdzia.
Pierwszymi, bo tyle oglądają podłości i wszeteczeństw potocznych, i fałszu, i sprośności, i przewrotności ducha — a wszyscy, wszyscy egoistami!
311. Do Stanisława Koźmiana
14-go lutego 1849, Bad Baden
Drogi Stanisławie! Co do Klaczki prawda historyczna się ma tak: przed dwoma laty, po owym sławnym spacerze naszym w ciemni mgieł i przy salamandrze po górach, list odbieram w Heidelbergu: „Chcąc poznać tego, który tak wieszczy i proroczy itd., itd. (komplementów ciąg itd.), proszę o wyznaczenie mi godziny, a przyjdę, jednak ostrzegam, że moim zwyczajem, gdy do jakiego Polaka się udaję, zawsze wprzód mu oznajmić, żem Żyd, na to, by miał zupełną wolność przyjęcia mnie lub nie, gdyż, w istocie pojmuję ja Żyd, że Polacy mają prawo nas nie lubić itd. — itd.”. Taki był sens listu — podpisano: Klaczko. Anim wiedział, skąd, kto, jak — mógł być i szpiegiem, mógł mnie wynęcać na jakie odpowiedzie. Z drugiej strony, przypuszczając, że poczciwy chłopiec, dziwnie wdzierał się w ufność moją, ale znów rozrzewniało mnie, że tak przyjmuje na siebie pariostwo. Odpisałem wtedy tak: „Zapewnie mnie za kogo innego bierzesz i nie mnie chcesz Pan, ale tamtego poznać, bo ja nigdy w życiu żadnych wieszczb, ni proroctw, ni wierszy nie wydawałem. Zatem, skoro się dowiesz, że to nie ta osoba, której pragniesz, tem samem zaniechasz pragnienia zapoznania się z nią, któremu to zapoznaniu skądinąd żadną by przeszkodą być nie mogło i nie powinno, że należysz do plemienia, które śród dziejowych losów ludzkich niezawodnie najarystokratyczniejszem pochodzeniem znaczy synów swoich, bo jest najstarszem, a niegdyś wielkich czynów plemieniem na ziemi”. Pytam się teraz, co w tem było tak niegrzecznego, niemiłosiernego, niedobrego? Owszem, w przypuszczeniu, że poczciwy i szlachetny, chciałem mu serce podnieść, chciałem wspomnieć o chwale rodowej hebrajskiego narodu, i dziwno mi, że Żyd tego nie uczuł i za to wdzięcznym mi nie był. Prawdziwy Żyd, pomny Machabeuszów i oblężenia Hierozolimy, nie byłby szukał szyderstwa w tak orzeczonej prawdzie historycznej. Lecz Żyd, na poły nie Żyd, nie chrześcijanin na poły, z duchem zmiękczonym i rozcywilizowanym, pełen pretensyjki nie żydowskiej, ale europejskiej 19-go wieku, tj. żądzy wybłyśnięcia i pychy, źle ukrywanej, rozgniewał się. Już od dawna mi różni donosili o jego monomanii skarg na mnie. Zaręcz go słowem mojem sumiennem, że, nie znając go, a widząc z listu szlachetność, chciałem mu się odpłacić i tom napisał doń, co wydawało mi się w przekonaniu mojem, że powinno wywołać w duchu jego dumną, narodową pamiątkę. Taki był mój cel, taki, a nie inny. Krzywdzi mnie niesłychanie, kto przypuszcza, że, nie znając kogo, że, nie wiedząc na pewno, że niegodny i zły, gotów bym chcieć go upokorzyć i za chleb kamieniem odrzucić, przekleństwo narodowe mu w oczy ciskając. Na miłość Boga! Kto tak sądzi, ten chyba w dniu zwycięstwa sam by mnie, zwyciężonemu, gotów taki cios zadać. Mnie tak postąpić nie sposób by było. Powiedz mu, że, gdym mu to odpisywał dopierom co był czytał dzieło Salwadora o wojnie hierozolimskiej, i że jeszcze chrzęst pancerzy i szczęk mieczów na okopach Hierozolimy brzmiał mi w uszach! Oto masz nerwy młodzieży, nade wszystko jakóbińskie, rozdrażnione, sentymentalno-wściekłe usposobienie. Tak mnie Czarnomski ścigał z gruba materialnie, tak Klaczko z lekka moralnie! Nieszczęśliwy kraj, gdzie każdy ma się za obrażonego, o obrazie swej tylko pamięta, gdy właśnie czas taki, że Bóg wszystkimi obrażon jest i sąd swój gotuje. O tem myśleć, a nie o pysze swojej!
Myślę, że dobrze widzisz rzeczy, kiedy myślisz, że Libelt gotuje upadek Potworowskiemu przez Augusta, o tem ani domyślającego się, a Augustowi znów później przez siebie. Ostrzegałem tysiąc razy Augusta. Bardzo się lękam o Ligę. Moskwa wszystkich środków jakich bądź użyje, by się jej pozbyć, wmiesza do niej swoich, by ją przebękarcić w konspirację i wybuch! Na to, co mi piszesz o kapitałach na wykupienie gruntów w księstwie, odpowiem Ci, że łatwo wyrzec milion, ale trudno go znaleźć. Ani ja, ani Eliza nie odebraliśmy dotąd od Thurneyssena straconych przeszłorocznych, a choćbyśmy i odebrali, to tam i połowy nie ma miliona. Wszystko w zawieszeniu. Co mogę, czynię, ale jak mogę — tj. miernie. Proszę Cię, mój Ty drogi, powiedzże mi, czy Erof. Ci winien co. O to tylekroć Cię zaklinałem już, byś powiedział, ile, a milczysz, jak zaklęty. Nie pojmuję, o kogo Rogier się tak ujął kartoflanym sposobem? Pierwszy raz od Ciebie słyszę; czy żal mu sławy Słowackiego?
Morawski się myli, kiedy twierdzi, że lirycznej polemiki nie ma. Jeśli co zdatnego do polemiki, to liryzm — i liryzm wieczną bywa polemiką. Nim człowiek swarzy się ze skończonością, sprzymierza się z niebem przeciwko doczesności — nim walczy wciąż, jak ostrą klingą światła i zapału, z serca wyrastającą i rąbiącą na wszystkie strony krzyżowym młynkiem świat. Wreszcie bywają epoki, w których klinga ta powietrzniejsza, leksza, a w drugich musi bywać żelaźniejszą, ciętszą. Gdy się rozpada 2 000 lat na szczęty, wolno i poezji stać się orężem rzeczywistym! Wszystko w takich dniach rzeczywistnieje. Sny, ułudy, mglistości uchodzą precz, zostaje się tylko ludzkości grób, a nad grobem Bóg, a na grobie tym klęczący człek, a wokoło hordy szakalów i hien. Miserere mei, Domine635! — Czytałem Chojeckiego — pyszny styl w służbie najtowiańczyńszego radykalizmu. Piekło przyszłego komunizmu, ukryte zręcznie pod zielonością i kwieciem — tyranii, żądza słowem miłości faryzeuszowana wciąż. Styl zaś żywo wybran spod pióra Lud. Blanc w Historii lat 10-ciu. Znakomity pisarz, ale człowiek jaki! Przyszłość odpowie. Myślę, że — nadzwyczaj przewrotny.