Czasem dość mi tylko pióro w rękę wziąć, aby zaraz wpaść w drżączkę i mimowolny płacz — ot i w tej chwili już się trząść zaczynam. Marzy mi się czasem, że mam naprawdę to, coś Ty marzył nieraz, że masz, tj. żywotnych soków niewidzialny upływ. Bo takiego rozkładu całej natury nic innego mi wytłumaczyć nie może. Jedź do Campotertio, mój drogi, odetchnij powietrzem gór, dość się już napiłeś mgieł płaszczyzny. Ja jeśli wyjadę, to dopiero na morskie kąpiele, w auguście. Chciałbym przez Heidelberg do Diepu. Tam ostatni raz w życiu zdrowszym się czuł, potem zapadłem i jużem się nie podźwignął.
Wdzięcznym Ci ogromnie, żeś zapomniał o liście pani Handley. Wszystko, co mogłem, uczyniłem dla niej — więcej nie sposób mi. Szturmuje od roku do mnie wszystkiemi sposoby i drogami — ja zawziąłem się milczeć, bo prócz milczenia nic już dla niej i ku niej mieć nie mogę.
Kiedyś będziesz żałował, żeś nie chciał zwrócić serca ku moim namowom, ale Bóg może Ci zdarzy jeszcze, że uczujesz mięniejącą pod tym względem w sobie duszę. Przeczytaj Felicytę Odyńca659, szczególnie od kartki 142 do 151-szej i od 180 do 188-ej, proszę Cię, przeczytaj! Stanął w poprzek między twierdzącymi, że nigdy, nawet cnotliwym, królestw tu być bożych nie może, a utrzymującymi, że nawet niegodziwym należy się królestwo boże. Dwa te błędy jednostronne zarówno odparł, a natchnieniem i wierszem takim, jak rzadko. Obowiązuję Cię, przeczytaj — ślad skijanizmu660 widny. Tym wiewem tknięty umarł Juliusz w obłąkaniu, p. Edward się z mierności podniósł aż do wzniosłości. — Dziwne ścieżki, dziwne i Pańskie, i szatańskie na tej kuli ziemskiej.
Straszne to zapytanie Piłata: „Co to jest prawda?”. Gdy wiek jaki zginąć ma tak się pyta, a, zapytawszy, ginie! Bóg Cię strzeż i obłogosławiaj.
Twój Furiis
320. Do Kajetana Koźmiana
Warszawa, 29 kwietnia 1850
Czczony, podziwiany, kochany przeze mnie a wciąż łaskawy na mnie Panie!
Odebrałem wiersz, oddałem komu należał661. Odpisać on chciał zaraz, nie mógł, a ja niemoc tę pojmuję, bo sam od roku z górą i co dzień głębiej zapadam, w tem całkiem podobny do wieku i świata tego, który się powoli rozstrajając schodzi w jakieś ciemnice. Piękny to wiersz. Strofy, kończące się temi słowy: „Niechaj truchleją szczęśliwi”, wstrzęsły mną całym od stóp do głowy662. Tkwi w nich niebotyczny hart. Wszystko, co nas dokoła otacza, wszystko, co się dzieje za dni naszych od lat trzech, czyli raczej dwóch i pół, już, zdaje się, działo się w Rzymie, bo doskonale wszystko Tacyt opisał. Słowa jego niektóre stosują się przedziwnie do stronnictw, rozdzierających nasze społeczeństwo. I tak, pewnym można by powtórzyć: Professoria lingua regimen orbis expostulans663. Wszystkim zaś bez różnicy: Conscientiam generis humani aboleri arbitrabantur664, i owo drugie: Omnia serviliter pro dominatione665. Jedni albowiem mają się serviliter ku duchowi złego, ku szatanowi, kuszącemu ich i osiadłemu w nich; z czego wypada, że jedni i drudzy zarówno podłymi są, a ciągle o jeden cel, a tym jest dominatio. Święty Tacyt!
Skoro się na siłach poczuję, dłużej napiszę. Dziś tylko chciałem dowieść tem kilkosłowiem wdzięczności mojej, i prosić o ciągłą łaskę nad najprzywiązańszym bardzo i bardzo schorowanym.