321. Do Kajetana Koźmiana

(Czerwiec, 1850)

Drogi, łaskawy Panie! Nie dzielę wyrażonego w liście, dopiero co odebranym z rąk Jędrzeja, zdania. Przeszłości, ze składni czasu wiekuistej, nikt nie wytrąci, tak jak z Trójcy Bożej żadnej z osób, w niej współistniejących, nikt nie wyruguje. Czas ani na chwileczkę jedną nie okaleczeje dla przypodobania się wrzeszczącym reformatorom, i przeszłość, ta matka wszech teraźniejszości i przyszłości, których sam Bóg jest ojcem, nie tylko, że nie osłabnie w pamięci ludzi, ale mojem zdaniem wyidealizuje się, spięknieje i spotężnieje w ich sumieniu. Z wszelką przeszłością tak bywa: im dalsza, tem urodziwsza; im urodziwsza, tem od serc ludzkich kochańsza. Teraźniejszość jest bólem doskonałym, co chwila doznawanym. Zapomniane zaś bóle przeszłości i nieprzewidziane przyszłości, odejmują, że się tak wyrażę, wszelką cielesność im obu, i tem samem przemieniają się niejako na duchy niebieściejesz, niż jedna była i niż druga będzie. Stąd pochodzi, że obie należą do wieszczów, i że miłość ku nim po duszach ludzkich rozprowadzają wieszcze. Zatem, łaskawy i drogi Panie, nie martw się, ni w żadne nie wpadaj powątpiewanie względem wrażenia, jakie wywrze Czarniecki. Rad bym go widzieć jak najprędzej na świat wyszłym, i wystawiam sobie, że, jak posąg Komandora, przyszedłby ścisnąć kamienną ręką dłoń zbiorowego Don Żuana naszego, to jest młodzieży tegowiecznej. Można by dla zachowania pewnych ugrzecznień i przyzwoitostek, tytuł, powszechnie już znany na naszej ziemi, odmienić, przezwać go na przykład Wojna Szwedzka, lub inaczej, bezimiennie go puścić. Bo szkoda, by mający przyjść na odsiecz garstce cnotliwych i w ojczyźnie rozmiłowanych, a już zewsząd osaczonych, zwlekał przybycie i czekał poranku, kiedy właśnie o samej północy winien napaść pijącego i śpiewającego onego Don Żuana, przy akordach straszliwych, sąd idący zwiastujących, raczej z nocą, niż z porankiem zgodnych. Nadejścia przeszłości w przyszłość zwłóczyć nie należy. Rękopism już u mnie i uważać go będę za gatunek świętości. Skoro odczytam a pokommuję (bo jednej kommy w całym nie znaleźć), dam go do przepisania. Co do litografii koła dawnego znajomych, powiem ojcu memu, za widzeniem się z nim, uwagi łaskawego Pana666. O Hofmanowej przytyki, sądy i przesądy dbać nie warto. Cieszę się, żem jednego losu doznał z drogim Panem pod tym względem, bo i mnie srogo strofuje ta zacna, kwaśna, zasłużona, ale nic się na poezji nie znająca nieboszczka. Guarda e passa667, tak, jak Wirgiliusz w piekle wyraził się do Danta. Ja się nie gryzę tem wcale, a raczej bym ja gryźć się powinien, bo do przyduszenia głosów krytyki nie mam takiego marmuru z Paros, jak Czarniecki. To mi nawodzi na pamięć kilka w myśli ułożonych wierszy, które, w odpowiedzi na odezwę oną pierwszą łaskawego Pana z serca, nie z mózgu, mi trysły, a których nie posłałem, bo wiem sam, że nadzwyczaj mierne. Jednak, ponieważ czuję, że z serca wyszły, tu je pierwszy raz na papier położę:

Czemu, Mistrzu, masz siwiznę,

Stokroć młodszą mej młodości?

Boś za młodu miał ojczyznę,

A ja tylko proch jej kości.

Czemu, Mistrzu, dotąd tleje

Żar ci w piersiach niezrównany?

Boś za młodu znał nadzieje,