Twój Furiis
Eliza serdecznie Ci się kłania. Już na nogach. Pani D. mocno zachorowała w Karlsbadzie i troszczę się o nią, ale bo też sprudel na serce, to dziwny wymysł.
323. Do Ary Scheffera668
Heidelberg, 30 grudnia 1850
Tylko wielcy twórcy gardzą swemi dziełami. Nie może być inaczej i oto znamię, po którem ich poznaję. Przyczyna tego zjawiska jest zupełnie prosta; jej źródło tkwi w samej istocie wszelkiego tworzenia. Każdy twórca jest ponad i poza swojem dziełem, tak, jak jego dzieło jest ponad i poza publicznością, która je podziwia. Bo gdyby Pan nie był ponad tem, co Pan tworzy, nie mógłby Pan tego stworzyć.
Francesca jest Pańską córką; nie może Pan być kochankiem własnej swej córki. To zupełnie zrozumiałe. Ale niemniej zrozumiałe jest to, że inni kochają ją do szaleństwa. Ideał wieczny, który żyje w Panu i dzięki zrozumieniu którego Pan jest wielkim, nie da się nigdy przenieść na płótno takim, jakim go Pan widzi i jaki stopił się z Pańską duszą. Zawsze jego lepsza część zostanie w Panu. A właśnie to, co zostaje, staje się źródłem pogardy Pańskiej dla tego, co się wyzwala. Gdyż to, co zostaje w Panu, jest to Piękno absolutne, to zaś co się wyzwala, jest pięknem względnem, które dla swego wyzwolenia potrzebuje już pomocy materii, pięknem zawsze boskiem, ale zeszpeconem przez ograniczenie swe w przestrzeni i w czasie.
Za każdym razem, kiedy Pan zetknął się duchem ducha z ideałem i kiedy go Pan pokonał w tej nadziemskiej walce po to, aby dać mu ciało, a potem otulonego w to ciało złożył go Pan na płótno, za każdym razem ci, którzy widzą ten obraz, myślą, że widzą sam ideał, gdyż, mówiąc językiem ludzkim, jest on najlepszem jego odtworzeniem; ale Pan czuje, że ono jest tylko jego więzieniem, jego trumną. My podziwiamy, Pan pogardza! To słuszne. Każdy gra swoją rolę. Tymczasem między nami a Panem unosi się nowe, widome wcielenie niewidzialnego Piękna; nazywamy je „Francescą”, nazywamy je „Moniką”.
I chociaż nie tak doskonałe, jak jego niebiański pierwowzór, jest ono wyższe ponad całą ludzkość i niech mi Pan wierzy, niech Pan niem zbyt nie gardzi, ani zbyt wiele od niego żąda, gdyż koniec końców jest to córka Pańska, pełna dziecięcej miłości, skoro, nie mogąc zaspokoić pragnienia wieczności i absolutu swego ojca, daje mu przynajmniej to, co może, przynosi mu nieśmiertelność na ziemi!
Nie byłbym nigdy rozpoczął tej dyskusji, kochany Panie Scheffer, gdyby mnie Pan nie był wyzwał do niej jednym wyrazem swojego listu, który oznacza coś, jak gdyby cień niewiary w szczerość moich sądów. Ale ja nigdy nic nie odgrywam, a ostatecznie powinien Pan był sam zauważyć, czy mój zachwyt był udany. Mówię to, co czuję. Jedyne arcydzieła tego stulecia, jakie widziałem, to Francesca i Monika.
Pan i Pańska pracownia byliście dla mnie zawsze źródłem ciepła i życia. Moje serce silniej biło na tym świecie tylko w chwilach prawdziwego nieszczęścia lub radości, a być może, że spośród chwil szczęśliwych mego życia najszczęśliwsze są te, które spędziłem pod Pańskim dachem, niby w głębi sanktuarium, daleki od ludzkiego zgiełku, z duszą i oczyma rozjaśnionemi przez to światło pogodne, słodkie i rozkoszne, które koi ból i zwraca wiarę.