Drogi mój! Pytasz o Norwida. Nie mogę Ci lepiej wytłumaczyć stanu jego umysłowego, jak przesłaniem tu przyłączonego pęku listów, o których odesłanie Cię proszę, skoro je przeczytasz. Choć tylko do Augusta674 adresowane, pisane są one i do mnie. Obaczysz, co za fochy, złości, napady, wyrzuty, obelgi. Biedny to, arcy-biedny chłopiec, na ciele rozchorowany ogromnie, a na duszy też nie pomału. Mickiewicz niedawno go ukąsił ironiczną pochwałą, a mój Norwid się od tego dnia wściekł. Jam mu wraz z Augustem radził, by nie tak ciemno pisał. Zawsześmy się starali pomóc, o ile mogliśmy, jego osobie. Prawda, że na druki jego poematów nie dawaliśmy. Czekaliśmy albowiem czegoś jasnego, zrozumiałego, tak dla publiczności, jak dla dobra samegoż autora — bo co mu za korzyść, gdy czytelnicy nic a nic nie potrafią pojąć? Ja pierwszy prawie nigdy nic nie rozumiem, a jeśli co zrozumiem, to krwawą pracą. Takiej zaś poezja nie dozwala! Dobrze Heglowi tak Logikę pisać. Otóż rozwściekł się na nas obu, żeśmy tej jesieni szczerą prawdę mu powiedzieli, prosząc o jasność, prosząc serdecznie, tkliwie i dając mu przy tem dowody najistotniejszej przyjaźni. Teraz ja nigdy nie napiszę — ale będę się starał anonyme, jak dawniej, mu pomagać, bo powtarzam: biedny, arcy-biedny, tem biedniejszy, że czasami do kłamstwa się udaje, tak znakomitego, jak owo, żem mu radził drukiem dzieła swe ogłosić. Z Ad. Potockim nie dotrzymał umowy, wziąwszy za pismo przedpłatę. Na umorzenie zaś tego długu, gdy zrywał kontrakt, posłał mu 3 rysunki piękne, ale z takiemi warunkami, że po 3 latach zwróci mu je Adam, a tymczasem zawiesi w Akademii — trzyletni albowiem prąd estetycznej piękności, z onych trzech arcydzieł spływający przez lat 3 na Krakowian, dług jego całkowicie umorzy! Biedny, powtarzam, biedny! Zachowaj to wszystko dla siebie, ale wiedz, co się święci!
Piszę dziś sam, bo Konstanty ogromnym zdjęty katarem. Oczy moje nieco lepiej. Za to kość pacierzowa ogromnie rozbolała i, jak u Ciebie, tył mózgu, tak, że chodzić już nic nie zdołam, bo po 30-tu krokach przytomność tracę. I tak pozawczoraj mój służący mię wyniósł z ulicy i poniósł przez wschody do pokoju. Po 3, 4 godzin takich konań miewam bez przerwy — i złudzenie śmierci doskonałem jest. Lecz mówmy o czem innem!
Roma pchnęła w samo serce Anglię — to niezawodnem. Anglia, nim runie, postara się Romę na łup oddać mazzinistom — bo Anglicy, to morscy Moskale. Wtedy lękam się, by schizma się nie podsunęła z ofiarą pomocy przeciw wspólnemu wrogowi i Romie nie zadała tem okropniejszego ciosu. Pytasz, co się w Rzymie dzieje. Hieronim pod H. jest przewładą ut cadaver675 — słucha go. H. zaś na Makrynę się rozżarł i niepomału ją prześladuje, co wielkie rodzi we widzach zgorszenie. Brat zaś... namawia go ciągle do powrotu i pracuje koło amnestii dlań. Czy ten na to przystał, o tem nic a nic nie wiem. Wiem tylko, że tam źle, kwaśno, miernie i niezgodnie idą rzeczy! Papież zaś zawsze lubi Makrynę i nią się opiekuje. Skądinąd przewładnie działają i panują Buteniew i mały Esterhazik. Pani Odescalchi w Neapolu na zimę całą. (Wszystko to, co powyżej, także sobie zachowaj!). Pisał do mnie niedawno synowiec piusowy i zaręczał, że doskonale wiedzą o wszystkich dążeniach schizmy, że pilne tam oko mają, ale że zwykłym obyczajem leniwo działają, co osobliwie pochodzi z przymierza ścisłego obu dwójgłowych orłów. Dworzec676 mię doszedł i „Przegląd” też; za obietnicę nowego dzięki Ci. Już mi kończyć trza — zawroty — serce w węzeł się zapina, konam. — Ale jeszcze coś. Arago677 w tych dniach w Paryżu wyrzekł: Ou c’est moi qui suis fou ou c’est la lune qui s’approche visiblement de la terre678. Oto zmiana dekoracji będzie na scenie, na której dramat losów człowieczych się odbywa. Trybuny izby zamilkły, ukazy ścichły, bram cytadel, przy świetle takiego księżyca by już nie strzegł nikt!
Ściskam Cię z serca.
Norwidia zaraz mi odeślij.
329. Do Stanisława Małachowskiego
16 marca 1851, Heidelberg
Mój drogi Vado! Prawdęś wyrzekł o Norwidzie, takim jest. Gdyby nie był w biedzie i niedostatku i chorobie, odwróciłbym się od niego, ale często mi na myśl przychodzi, że, gdybym był w jego położeniu, jak on, może bym wpadł w rozpacz i przeklinanie na czem świat stoi, bo i bez tego jużem w melancholii i z nerwów rozbitych co chwila w rozpacz zapadam. Dziś szczególnie mi źle okropnie, a o samobójstwie nasuwają mi się myśli, bez dołożenia się żadnego woli. Instynkt jakiś rozstrojonego organizmu sfałszowany. Nie uwierzysz, mój drogi, co ja od lat dwóch wewnątrz siebie cierpię, w głębi ducha, w samej głębi; znać, nerwy mózgowe chore, ale z tem wszelki ból cielesny w porównaniu niczem, żartem, owszem, dobrodziejstwem! Widoku ludzi znosić nie mogę, czuję się jak zwierzem dzikim, chciałbym uciec, uciec, nie wiem gdzie, a, chcąc tak uciekać, nie ruszam się ze stołka i z pokoju nie wychodzę! Każda zmiana pogody, by najleksza, już mi duszę rozćwiertowywa, na koło wplata. Czasami zdaje mi się, że zwariuję, lub jeszcze gorzej. Apage, Satana679! wtedy wołam ostatkiem przytomności. Ah, tak żyć, jak od dwóch lat żyję, to w istocie nie warto!
Ojciec pisze, że w początku maja przybędzie na kilka dni do Badenu. Sołtan dziękuje Ci i wszystkim znajomym za pamięć; za trzy tygodnie pojedzie do Paryża, księcia i przyjaciół odwiedzić, jak mówi, raz jeszcze przed śmiercią. Choć pięćdziesiąty dziewiąty rok mu dodzwania, dzielny, prosty, smukły, zdrów jeszcze.
Ściskam Cię z całej siły duszy mojej, bardzo smutnej, a wdzięcznej Ci serdecznie, że ją pocieszasz i chcesz dźwigać. Chwała Bogu, że Twoja grypa zaczyna się zmniejszać.