Pamiętasz wyjątek z Rulina Piotrowskiego687, zgon okropny, włosom na każdej głowie ludzkiej nakazujący wstawać, przeora Sieroczyńskiego? Niedawno ja i Eliza byliśmy przeczytali, a struchleli, czytając. Otóż, kiedy te dni straszne przyszły na nas, kiedyśmy ujrzeli ową kochaną i przedziwnie śliczną główkę, tonącą w snu wiekuistego głębie, kiedy już sercom naszym zabrakło nadziei wszelkiej, spojrzeliśmy na się w milczeniu rozpaczy, a z jedną, tą samą myślą w sercu, i po długich milczeniach zobopólnych wreście ta myśl nam z ust buchnęła: „Jeśli taka wola boża, niechże wraca ptaszęciem bożem do nieba. Może, gdyby wyżył, przyszłoby na niego kiedyś gnić po więzieniach lub błąkać się po Sybirze, może by to ciałko nadobne i szlachetne knut rozdarł, a tak tylko się ziemia lekko go dotknie. Dziś ducha wyzionie — jutro ogląda niebiosa — a nigdy już, nigdy nie legnie, jak przor Sieroczyński pod 7000-ma kijów za to, że ukochał Boga, bliźnich i Polskę”. Taką ulgą, taką to, mości panie, w drugiej 19-go wieku połowie, ujmują sobie rozpaczy rodzice polscy, gdy im najśliczniejsze, najczystsze, najprzedziwniejsze dziecie umiera! Takiem to żelazem rozpalonem oszukują ranę bezdenną, która ich zabija, wypalając ją sobie na piersiach. O nieszczęśliwe plemie! A może nieszczęśliwsi ci, którzy ono plemie do takich pociech przywiedli niesłychanych, zbrodni wiekowym ciągiem.

Teraz przechodzę do Klaczki.

1° — 49 roku z Bernu pisałem do Norwida, który mi jakieś po 13 czerwca dziecinne deklamacje przeciwko Changarnierowi był przesłał za to, że śmiał rozpędzić czerwonych i zmusić Rollina do wyskoku przez okno — że powinien się uważać za szczęsnego, iż w mieście, gdzie go mogą co dzień obedrzeć i powiesić, dowodzi taki dzielny generał, jak Changarnier. 50 roku, na jesieni, ktoś mi pokazał list od Klaczki, w którym stało, że ja pisał do Norwida „o świętym i kochanym jenerale Changarnier” — i za to autor listu darzył mnie przezwiskiem renegata. Wzruszyłem ramionami, widząc, żem wpadł pomiędzy komeraże dwojga dzieci rozumnych, ale dzieci. — 2° — Gdym z Dieppe przybył na jesień do Paryża, znudzony wiecznemi skargami, rozsiewanemi na mnie przez Klaczkę, jakobym go był chciał obrazić w Heidelbergu listem, w którym stało wyrażenie, że naród hebrajski jest jednym z najarystokratyczniejszych w dziejach świata — (co tu dziwnego, co tu fałszywego? naród, co wydał Dawida, Proroków, Machabeuszów, a w końcu Jezusa Chrystusa) prosiłem Augusta, by go zaprosił na rozmowę ze mną, chciałem go albowiem szczerze z błędu wyprowadzić, a tem umniejszyć skwaśniałej duszy — kwasu. Wtedy Klaczko, znów jak dziecko znarowione, kazał mi odpowiedzieć, że się nie chce widzieć ze mną. Pomyślałem: dziecko — i o tem komuś wspomniałem. Ten ktoś, to słysząc, wyszedłszy ode mnie, spotkał owego Jabłonowskiego, z którym żył ściśle, i, obrażony na Klaczkę, zaczął Jabłonowskiemu mówić: „Strzeż się Klaczki, bo to intrygant”. Wróciwszy zaś nazajutrz do mnie, chwalił mi się z tego — a ja wtedy owszem zacząłem mu przedstawiać, że nigdy niczem Klaczko na imie intryganta nie zasłużył i że to, co uczynił w stosunku do mnie, raczej burdą, niż intrygą. Jabłonowskiego zaś nigdy w życiu na oczym nie oglądał. — 3° — Przyjętym ani nieprzyjętym nie mógł być od Augusta, bo, co dzień do niego o tej samej godzinie z rana przychodząc, prosto z korytarza w jego drzwi wchodził — i tak raz, wszedłszy, mnie zastał. August rzekł tylko: Pan Klaczko. Ja natychmiast się zerwałem i, przystąpiwszy doń, rzekłem: „Kiedy pan do mnie w Heidelbergu 1847 r. pisałeś jak do proroka, pojmiesz pan, że, nie poczuwając się do żadnych proroctw, nie mogłem się z panem widzieć. Ja nie mogłem, a pan zaś tu w Paryżu, gdym ja znów pragnął, nie chciałeś. Zatem kwita między nami. A teraz szczerej prawdy słuchaj! Panu się zdaje, że pan masz do mnie pretensję i urazę — wręcz przeciwnie jest, bo ja ją raczej do pana powinien bym mieć, wszędzie albowiem pan rozgłasza, żem panu kamieniem odrzucił za chleb, odpowiedział ironią za tkliwe uczucie. Gdybym tak był postąpił, byłbym podłym. Zatem pan mnie wszędzie oskarżasz o podłość. To niedobrze i niesłusznie. Pisząc do pana pochlebnie o pańskim narodzie, sądziłem, że najwyższą panu pociechę przyniosę, i nie mogłem się spodziewać, że pan to za ironią poczytasz. Gdyby na przykład p. Thiers, dziś niecierpiący Polaków, napisał do mnie coś pochlebnego o Polszcze, czy pan myślisz, że ja bym to za obelgę i szyderstwo uważał? Wcale nie. Owszem, miałbym to w dumie mej narodowej za chwilę sprawiedliwości w panu Thiersie, a skądinąd za grzeczność dla siebie osobistą od niego. Jeśli pan w moim liście tego nie uczuł zaraz, i na opak sens zamierzony przejąłeś, to chyba z winy mego stylu pochodzi — możem ciemno się wyraził. Zatem miałbyś tylko prawo chodzić po świecie i mówić: Jaki głupi pan Z. K. — ale nigdy nic innego — rozumiesz pan? Nic innego. Do niczego innego prawa nie masz. Zatem ufam, że po takiem szczerem i otwartem wytłomaczeniu pan już nadal skarg swych na mnie rozwodzić nie będziesz. Obowiązuję nawet pana do tego. Pan sam czuć musisz, że już nie masz prawa żadnego mię w tym względzie ścigać”. —

Tu ścisnąłem mu rękę. Przez cały czas pomieszany milczał, potem coś przebąknął, obietnicę, że już nigdy nie będzie wspominał gorzko o liście moim, i oświadczenie, że mi wierzy — ukłonił się najuprzejmiej, najpoddanniej — i wyszedł. Co zaś prawdą, to to, żem prawie w ataku nerwowym był, gdym doń przemawiał, bo trza wiedzieć, że w one czasy pokąpielowe rozstrojenie nerwów moich było doszło do stopnia niesłychanego. Słów zaś: „Pan mię w Heidelbergu nie przyjąłeś, ja mam teraz prawo nie żądać pańskiej znajomości!” — słowo honoru Ci daję, że nigdy ich do mnie ni na początku, ni w środku, ni w końcu nie wyrzekł. Fałsz najabsolutniejszy! Teraz masz prawdę najzupełniejszą, a po jej wypisaniu, z głębi serca mu przebaczam, i raczej żal mi jego, niż gniew mi nań. Sam siebie rozdziera — nie chce wierzyć w serce drugich. Gdyby był uwierzył mojemu, może bym był mu przyniósł cokolwiek ulgi. Mam go za charakter daleko wyższy od Norwidowego i inteligencją daleko potężniejszą — ale żre go robak zawiści i ten drugi, który w naszym wieku wmawia we wszystkich, którzy nie od razu urodzili się potentatami lub Rotszyldami, że nimi gardzą i że im drudzy co chwila pragną ubliżyć. Brak w tem godności, a właśnie tem, zda im się, że jej dostępują. Biedni i bardzo biedni!

Już nie mogę dalej. Ściskam Cię z głębi serca i wiem, że się uradujesz wieścią, iż wyszedłem za Boga opieką z toni nieszczęścia. Raz Ci jeszcze dziękuję za pociechę, wyssaną z „Przeglądu”. Odpisz mi jeszcze tu, bo, nim do sił wróci Adzio, nie zdołam się przenieść do Badenu. Jak wyjdą rozszerzone Dwa ideały, przyszlesz mi je, a Erof, skoro dokona, prześle Ci do „Przeglądu”. Powiedz mi nawet, czy można by czem pomóc Klaczce? Na Twoje ręce bym przesłał.

333. Do Stanisława Małachowskiego

25 kwietnia, Heidelberg, 1851

Mój drogi! Taka gospoda nas pełna, że się lękam, by nie wylała nami przez okna na ulicę. Cierpię wciąż tak, że sobie rady nie mogę dać i wszystko mi niemiłem, i melancholia, zwykle, gdy czaszka, oczy i zęby rwą, ustępująca, tą razą nie chce ustąpić. W dwóchem więc piekłach, jednem wewnętrznem, drugiem zewnętrznem. Powiadam Ci, drogi Wojewodo, źle ze mną, nic mnie wyrwać nie może z ciągłej, bezprzerwnej, bez odetchnień boleści czy ciała, czy ducha, a każde nowe wstrząśnienie, spadające na taki stan, zaraz go pogarsza, to samo sprawuje, co piorun, na nowo uderzeniem rozpalający przepalone już zgliszcza. Wszelka dyskusja, wszelka rozmowa mię zabijają, widok wielu ludzi, nagromadzonych razem, wprawuje mię w rozdraźń szaloną; chciałbym jamy, nory, jaskini wiecznie ciemnej, i tam przy lampie jednej marzeń jakich, lepszych, niż to, co dać może rzeczywistość obrzydliwa świata, pozostawać! Przy tem każda, by ga zaraz na łożu Prokrusta i tortury nienajlepsza zmiana pogody już mnie rozciąsłychane zadaje. Cierpliwości mi już nie stawa. Od dwóch lat przemarniałem się wszystek od stóp do głów, od serca do rozumu, cierpieniem.

Od Wielkiej Księżnej688 dziś jeszcze list miałem z Manheimu, ale ani słówka o mojej prośbie, Twojej wizie. Co tu począć? Jeszcze poczekam nieco, a później rozpocznę z Cheliusem targ o wpuszczenie Cię bez wizy ze Strasburga. Widzisz, wściekłość mię porywa, kiedy od dni trzech pod oknami widzę przechadzającego się trzydzieści razy na dzień Prawdzica Hr. Bialskiego, któregom ani odwiedzin, ani odezw, ani listów nie chciał przyjąć i który, jak na zwierzynę, dybie na mnie, a pomyślę, że Tobie wizy nie dają.

Tak to na świecie; ma Bialski, dostanie i Darasz, a Małachowskiemu odmówią. I ci ludzie chcą stać i trwać przy tak bezdennem głupstwie.