Pani Plater, która tu umarła, była wdową po bracie żony Orpiszewskiego — sama także Platerówna z domu. Na balu u jenerała Gemeau przeziębiwszy się już z schorowanemi piersiami, w tydzień po tymże balu ducha oddała. — Z „Czasem” przyszedł tu zawczoraj prospekt „Dziennika Literackiego” ze Lwowa, redakcji Szajnochy, który tygodniowemi numerami wychodzi. W treścianie przedmiotów, w 4-tym numerze zawartych, stoi: „Urywki listowe przez autora Irydiona i Psalmów”. Co to znaczy? Czy nie mógłbyś się dowiedzieć? Najprzód, najdziwniejszą rzeczą, że jednemu autorowi przypisują te dwa zupełnie odrębnego pióra dzieła — 2° Cóż to za listy być mogą? Matka Juliusza697 tam we Lwowie jest — zdaje się, była w Paryżu i po synu zabrała pozostałe efekta. Czy tam czasem jakich zachowanych nie znalazła listów? W każdym razie to jedna z najgłębszych niepoczciwości literackich, jaką popełnić kto może. Mimochodem o tem wspominam, gdyż to mnie osobiście nie dotyka, tylko smutno mi widzieć, jaka u nas lekkomyślność i płochość pod wszystkiemi względy.
Smutnem ale pełnem przywiązania i wdzięczności ściskam Cię sercem — i tu mi jeszcze zaraz odpisz, proszę Cię. Mam nadzieję, że Bóg miłosierny pokrzepi zdrowie matki Twojej i to brzemię wkrótce z serca Ci zdejmie.
Twój Scapa
340. Do Stanisława Koźmiana
Rzym, 1852, 24 kwietnia
Drogi mój! List Twój z 11-go kwietnia odbieram w tej chwili. Dzięki, dzięki Bogu, że Twoja matka wróciła do lepszego zdrowia. Dniam jednego nie opuścił, bym się o to zdrowie jej nie modlił. Lecz to inne modły, nie moje, pomogły — moje tylko Tobie przywiązania dowodem.
Słowo w słowo, tę samą uwagę czy zarzut, który generał Morawski robi, i ja niegdyś robiłem autorowi Snu, kiedy mi go pierwszy raz czytał jeszcze 1838 r. na jesieni, we Florencji. Biedny Juliusz! Pamiętam, z bladą twarzą, z jaskrawemi oczyma, na czwartem piętrze wieżycy jakiejś, w której mieszkał, przy pysznem świetle miesięcznem, wlewającem się w okna, pod lampą wyżej, niż głowa jego, siedzący, czytał mi ten ustęp z ogromnego poematu, o którym pewny był wtedy, że go dokończy — a którego nie miał nigdy dozupełnić. Lecz ten ustęp wtedy już był całki. Kiedy doszedł do miejsca, gdzie pozbawia dusze nieśmiertelności, zerwałem się i krzyknąłem: „Panteizm! Panteizm! Panteizm! Wyrzuć mi to!” A on mi na to spokojnie i ironicznie: „Nie panteizm, ale pogarda, pogarda, na której wyrażenie innego wyrażenia nie masz” — i, wstrząsłszy głową, dalej ciągnął. Pomyślałem sobie: „A kto wie, może ma prawdę, może nie ma innej formy poetycznej na oddanie absolutnej pogardy? Jednak prosiłem go jeszcze po dokończeniu czytania, by odmienił, przynajmniej złagodził ów rys, nicestwo przypuszczać się zdający. Lecz sumienie jego poetyczne niezachwianym pozostało. Biedny Juliusz! Jakżeż on tego wieczora wydawał mi się pełnym życia, ducha, natchnienia — pełnym wiary w własną przyszłość i losy. Ostatni raz go w życiu wtedy widziałem. Później jużeśmy się nie spotkali nigdy. Pokazywał mi disiecta membra698 ledwo pozaczynane lub tylko wytknięte tego samego poematu. Zamysł był olbrzymi: wszystkie tam miały się przesunąć dzieje człowieczeństwa, miały być całkie jedne ustępy prozą, drugie całe pieśni wierszem, i to dziwnym, przezeń wynalezionym, dłuższym, niż ów 17-sto zgłoskowy Mickiewicza w Dziadach. Biedny Juliusz! Na Montmartre wszystko to śpi z nim — a Sen tylko ten jeden pozostał, by o tem świadczyć na ziemi! Dotąd bez wzruszenia nie mogę sobie tego wieczora przypomnieć w tej florenckiej wieżycy699.
Nie Teano sam, który dotąd tylko na jedno oko oślepł, ale jego świekra zawsze mię była zwykła męczyć opowiadaniem o tych wężach i iskrach, a umyślnie, by wrażenie na mnie sprawiać niepomyślne — i raz oburzyłem się na nią z tego powodu i prosiłem o zaprzestanie. Te urywki, to z listów do Juliusza, które matka pobrała. Zda się czysto literackie — niech wpadnie, jak kamień w wodę. Polecam się Tobie, mój drogi, jak zwykle, jak zawsze — powierzam się i polecam. Wczoraj pisałem — przed tygodniem pisałem. Wyjeżdżam stąd za tydzień. W czerwcu pisz do Badenu! Jeszcze raz polecam się Twojej przyjaźni.
Twój Z.