Prolegomena zur Historiosophie703, choć może nigdy ich nie czytała, są jej ojcem i matką, tylko, że prozę na spokojny, przeźroczysty, już nie walczący z sobą, już nie rozdarty w sobie, ale ukojony, płynny, letni, bo nie gorący, błękitny raczej, niż gwieździsty, miarowy raczej, niż muzykalny, klasyczny w całem znaczeniu tego słowa, a ciągle romantyczną treścią brzemienny wiersz przerobiła. Powtarzam Ci: portentum est704. I na tem kończę, mój Ty drogi i bardzo drogi. Strzeż Ty tam zdrowia Twego — bez zdrowia na świecie tym duch marnieje i ostatecznie zmarnieć musi. Bardziej, niż kiedykolwiek, czuje tę prawdę ten, który Cię nigdy kochać nie przestanie.
Zyg. Kr.
343. Do Augusta Cieszkowskiego
Warszawa, d. 22-go lutego 1853
Drogi Ty mój Auguście! Po Twojem milczeniu sądząc, którem tak długo nie odpisywałeś na list mój, pełny Deotymy, przekonany byłem, żeś chory, i nie zawiodłem się. Proszę Ciebie, strzeż pilnie zdrowia, bo raz straconego nic i nikt nie przywróci. Masz we mnie tej prawdy najsmutniejszy przykład. Coraz mi gorzej. Newralgie też w oczach niemiłosiernie dokuczają. Między innymi dziennikami trzymam też i „Czas” — czytałem zatem w numerze z 16-go lutego cytacją z monologu hamletowskiego, która Ci się tak udała; zdawało mi się, że czytam mowę jakiego z wielkich mówców, nie francuskich, ale angielskich — takiem było na mnie wywarte wrażenie.
Pytasz mnie się, czym się z Deotymą nie zapoznał. Naprzód nie mogłem, bo od dwóch miesięcy progu pałacowego nie przestąpiłem. Po wtóre, choćbym mógł, nie chciałbym, bo, co w niej najwznioślejszego i najwdzięczniejszego, to właśnie mam u siebie i z sobą, ilekroć jakie z jej natchnień do rąk mi się dostaje. Jednakowoż, pomimo, żem jej na cieleśne oczy nie oglądał, najdokładniejszych o niej szczegółów znam mnóstwo. Postaci zewnętrznej, że się tak wyrażę, żadnej nie dały jej nieba; bo ani piękna, ani szpetna, wdzięku żadnego, estetyczności w jej kształtach najmniejszej, ani rysów, ani kibici, raczej otyła, oczy mętne i bez skry, nie posiadające żadnego stanowczego koloru, głos piskliwy, niedźwięczny, deklamacja najprzykrzejsza, źle skandowana, bez najmniejszej muzyczności, ciągle zawieszona nad otchłanią śmieszna705, jednak nie zlatująca do niej. Piętno całej tej postaci charakterystyczne, to dziwny spokój, po którym, jakby po błękitnem, przejrzystem jeziorze przesuwają się na wysokich masztach białe żagle idei, lecz nigdy nie igra ni pieni się żadna rozkołysana fala namiętności. Jakom Ci już pisał i jakom się w zdaniu utwierdził odtąd, poezja jej, to poezja wiedzy i wyłącznie wiedzy. W takiej zaś poezji wielkie dla natchnionej jest niebezpieczeństwo, by w końcu nie wpadła w samą tylko erudycję i pomimo najklasyczniejszą i najcudniejszą zewnętrzną formę wiersza nie stała się raczej profesorem, oratorem, kaznodzieją, filozofem, analitykiem, opowiadaczem, dostrzegaczem praw natury i umysłu ludzkiego, niż błyskawicami i piorunami ducha miotającym poetą. Bóg ją ciągnie naprzód, matka ciągnie z tyłu. Kto zwycięży? That is the question706. — Do tego dodaj, że ciągłe improwizacje przed publicznością muszą wyniszczać jej umysł, soki najpiękniejsze natchnienia obracać li tylko na płyn pamięci i przytomnej rozwagi, wysilającej się na dobieranie rymów i utrzymanie całego mechanizmu teatralnego sceny, wreszcie uczyć ją pewnego szalbierstwa w zszywaniu nagromadzonych i wprzód już ułożonych kawałków, bez którego to szalbierstwa improwizacyj czterysto i pięćset wierszowych nie ma — a nawet i przy niem wszystkie takowe długie improwizacje wbrew największemu darowi, zlanemu od Stwórcy, mogą być tylko chaosem i słabizną. Otóż smutno patrzeć na tę dziewczynę, naznaczoną znamieniem kapłanki, a pchaną przez próżność matczyną na aktorskie tory. Jednak wszystko, co dotąd ona napisała w skupieniu ducha, w ciszy i bez vulgi cingente corona707, jest nader głębokiem i prześlicznie owierszonem; lecz czucia tam nie masz i żeńskości żadnej. Nigdy ci serce, gdy czytasz, nie podskoczy, lecz myśl zawsze się zastanawia i pełna podziwu, jak gdyby coś uroczystego wokół się zdarzało, nie wie zrazu, czy ma czcić, czy lękać się.
Ojca Twego pozawczoraj widziałem; zdrowiusieńki i pojechał znów na wieś. Donieś mi jak najprędzej, czyś już zupełnie wrócił do zdrowia i, myśląc o mnie, pomódl się czasem za moje. Z głębi najgłębszej serca ściskam Cię.
Twój Zyg.
344. Do Stanisława Małachowskiego
14 lutego 1854, Heidelberg