Księżnie marszałkowej, która tu bawi od dwóch miesięcy, Chelius ogromnie pomógł; w tych dniach wraca do Warszawy. Jak najłaskawsza na Elizę, pędzi u niej po kilka godzin na dzień. Ja raz byłem u niej, alem miał nieszczęście okrutne. Wystaw sobie, co za konfuzja — porwały mię owe womity, co nieraz, jak wiesz, mię napadają — i musiałem uciec, i dusić się, i krztusić, i ryczeć z bólu przez pół godziny na korytarzu; odtąd już nie byłem, bo ócz na nią bym podnieść nie śmiał, choć wiem, że się bardzo lituje nad moim stanem. Eliza zżółkła i wychudła od dwóch miesięcy znacznie — ojciec wciąż trwa w gniewie na nią i to mię rozdziera. Pełno, pełno smutków zewsząd. C. K. N.719 odezwał się, prosząc o zapomogę — pytał się i o Ciebie, gdzie jesteś. Słowam nie odpowiedział, tylkom posłał zapomogę. Wrócił razem z morza z Marcelim Lubomirskim i u niego mieszka. List był podło-dumny, jak zwykle. Jerzy tu był przez dni kilka i wrócił do Krakowa przez Wiedeń — zakochał się teraz we Wiedniu. Vado ciężko chory na różę na ramieniu. Pani D. w rue des Ch. Elys. — Jett.720 wraca podobno. Jego wuj721 bardzo smutny, lecz to nic nie szkodzi. Przekonanie moje o ich interesach znasz. Iza722, siostra Jerzyna, mówiła mu, że z Tobą wieczór spędziła i żeś różanego był humoru. To mię pocieszyło. Nie mogę dalej. Ściskam Cię z serca głębi.

Twój na wieki

Hostibus agitatus723.

Konstanty coraz bardziej upada na siłach. Ah! Smutne mam przeczucie. Czemu tam siedzisz? na co? po co? o co? Przykolej tu, przybądź do nas.

349. Do Stanisława Małachowskiego

16 stycznia, Heidelberg, 1855

Piątego stycznia, o pół do dziewiątej z rana, wierny, poczciwy Jan724 wyzionął ducha na ręku Elizy, która od piątej mu czytała modlitwy, i na moich, który od czwartej słuchałem jego woli ostatniej i także modliłem się przy nim.

„Chcę wstać” rzekł, gdy już śmierć tuż była; znieśli go Antoś i Nanetta z łóżka na krzesło. Eliza klękła przed nim, jam kląkł także. Ledwo usiadł, konać zaczął. Eliza rzekła do księdza przytomnego, by stułę wziął i powtórzył już daną absolucją ogólną dnia poprzedniego. Ksiądz zaczął ją wymawiać, my tymczasem, klęczący, żegnali go znakiem krzyża i doznawali wrażenia tych, co, na ziemi pozostając, patrzą na odlatujących w niebo balonem; coś podobnego, tylko przydaj przytomność Boga Sędzi na twarzy i w oku umierającego. Ah, oka tego nie zapomnę nigdy! Rozwarły się usta na ostatni dech, a oko strzałą światła rzuciło w nieskończoność, zarazem ku mnie i Elizie, ku Bogu, ku księdzu, ku ziemi i niebu, widnokrężnie; a były w tem oku zarazem i wiara, i nadzieja, i strach — i, powtarzam, odbicie wzroku Boga, którego już dusza spoza tej źrenicy zdawała się widzieć widocznie. Za ostatniem słowem absolucji oko raz jeszcze światłem cisnęło ze siebie, i zgasło z wolna!...

Święta to śmierć była, święta i choroba, bo wytrzymywana z najzupełniejszem oddaniem się woli bożej, bez jęku, bez skargi, mimo przywiązania do życia i żalu za żoną i dziećmi. Umarł na to samo, na co cesarz Napoleon, tylko że miał raka trochę wyżej, niż cesarz, miał go ponad żołądkiem, i przeżarł mu był ten rak piersi i płuca, a z tyłu doszedł aż do kości pacierzowej. Domyślić się możesz, co wycierpiał, biedny, i że nie było w sztuce lekarskiej zaradczego środka na takowe zło.

Śmierć to największa i najgłębsza z nauczycielek. Wszelka filozofia choć dużo krzyczy i paple, dzieckiem, niemowlęciem jest, przy wymowie śmierci, która jednak milczy! Żebyś Ty wiedział, jak wiele mistycznego jest w konających! Jak modlitwa ich uspokaja, choć cierpią nieskończenie, jak spływa na ich bole na kształt balsamu! Nigdy tak blisko Pana się nie czułem, jak w ostatniej chwili tej, kiedy to oko Janowe stanęło przed Panem! Kto chce praktycznie dotknąć się mistycznych rzeczywistych zjawisk, niech bywa przytomnym konaniu bliźnich!