351. Do Augusta Cieszkowskiego
Baden, 1 czerwca 55
Drogi mój! Masz prawdę — oravi — ale nie laboravi731. Lecz czyż mogłem? Od lat tylu pozbawionym i ócz, i mózgu. Walczyłem, walczyłem, aż teraz doszedłem do strasznych otchłani. Ah, żebym miał tę pociechę, którą mię cieszyć chcesz! Żebym mógł sobie samemu poświadczyć, żem miłował wiele! Lecz powiedz mi, co? Ojca? Nie mogłem nawet teraz doń pojechać, gdy był paraliżem (dzięki wszechmiłosiernemu Bogu, że tylko zewnętrznym, i już przeminiętym) tknięty. Eliza pojechała, Eliza, co przy mnie, błaźnie, wygląda, jak archanioł. Kogóż? Dzieci? Nie mogę się trudnić niemi. Kogóż? Kraj? Cóżem kiedy dla kraju istotnego uczynił? Kochałem, co mi się podobywało, ale nie to, co należało.
Młodość Elizie popsułem, zżarłem, otrułem — wszystkich, co mię kochali, dowiodłem naprzód do rozpaczy, następnie do zanudy, tej rozpaczy na zimno. Ale nie sposób mi pisać — w głowie mojej nieład bezprzykładny.
Dzięki Ci, dzięki za pociechę. Łzy mi do ócz przyszły, gdym czytał koniec listu Twego. Kiedyż się odzobaczym? Módl się za mną, mój Auguście, tak, jakem Cię prosił. Z głębi serca Cię ściskam.
Twój
Na co ciotek lub kogo bądź się pytać? Alboż nie widna ręka, zawieszona w górze, co wszystkich, i tych, i innych, i tamtych, kogo nie bądź, porywa, i wiedzie i każe iść, choć nie chcą, choć leniwi, choć opieszali, iść każe naprzód, naprzód coraz dalej!
Roman732 tu i ściska Cię serdecznie.
352. Do Adama Sołtana
Baden, 5 decembra 1855