Paryż, 29 czerwca 1858 r.

Drogi mój! Nie mogłem nawet do Drezna do ojca pojechać. W wilią wyjazdu porwały mię moje womity, później gorączka i kilka dni przeleżeć, jak zwykle-m, musiał. Tymczasem ojciec wrócił do kraju. Tutejsi lekarze wszyscy szlą mię do Plombières. Twierdzą, że nic innego mi nie pomoże. Ja cierpię okrutnie i słabnę coraz bardziej.

Biedny Sheffer! Ks. Orleańska go za sobą do grobu porwała. Na jej pogrzebie zaród śmierci zstąpił mu w pierś — i we trzy tygodnie później na wsi w pobliżu Paryża ducha wyzionął. Już takiego mistrza do malowania dusz nie będzie. Do ciał zdarzą się jeszcze, ale wyrazu ducha tak wydobywać z głębokości zaświatowych i tak kłaść na twarze ludzkie światła promieniem nikt już nie potrafi. I to nie tylko był artysta, ale i człowiek, co nie zawżdy chodzi w parze — nie tylko nie zawżdy, ale i bardzo rzadko. Wierny nadzwyczaj obranym celom, powziętym przekonaniom, ukochanym osobom odważny na pobojowisku wojen domowych, a wzdrygający się przed ich wspomnieniem i za dni czerwcowe nie chcący z rąk Kawaniaka przyjmować komandorskiego krzyża Legii honorowej, matkę ubóstwiający, córkę kochający nade wszystko, w ideał wiecznie zapatrzony, pracowity nad miarę, pełen rozumu i dowcipu, zajmował on ważne stanowisko śród obrońców porządku i wolności zarazem. Czcili go, liczyli nań o godzinach niebezpieczeństwa, gromadzili się koło niego. Gwardia narodowa na jego doznanem męstwie i przytomności umysłu polegała. A przy tem nigdy się nie starał o żadne wyniesienie ni urzędowe blaski. Dom, tj. pracownią, przenosił nade wszystko — nawet nad przyrodę. Światy piękna istnęły w nim samym i on, przyglądając się im, zapominał o świecie. Każden jego obraz podobny do otchłani, w którą z wolna zstępować trzeba na to, by onych głębin całą szerz i ogrom i na dobę i przejrzystość poznać. Zrazu nic Cię nie uderza, ale, im wpatrujesz się dłużej, tem bardziej doznajesz wrażeń, jakie tylko wiekuistne piękno wywierać zwykło. Czujesz, żeś śród dziwnej, nieziemskiej świetlaności, czujesz, żeś w duchów dziedzinie, czujesz, że coś przewybornego i doskonałego Cię otacza i że wielki spokój Cię ogarnia. Niechże spokój, którym arcydzieła jego promieniły wokół, teraz towarzyszy duszy jego na wieki wieków.

Konstantemu dałem list Twój do czytania. Pani Thayer obrazy Drusia odesłała, na wieś wyjeżdżając, do mieszkania p. Newerkerke do Luwru, i tam one czekają na powrót jego z Niemiec, dokąd się udał przed 6-cio tygodniami. Przed tym powrotem nic o losie obrazów nie będziem wiedzieli.

Skoro na pewno sam będę wiedział, dokąd do wód pojadę, doniosę Ci — tylko mi przysyłaj adresa swe, bym mógł na pewno Cię listem dognać. Ściskam Cię z głębi serca

Twój Zyg.

367. Do Konstantego Gaszyńskiego

Paryż, 3 grudnia 1858

Dzięki Ci, mój drogi Konstanty! On Cię kochał szczerze i zawsze pamiętał o Tobie. Przed miesiącem jeszcze, pisząc do mnie do Drezna, kazał się Tobie kłaniać. Czcij więc pamięć jego i módl się za nim757.

Ludność cała Warszawy w nieutulonym żalu odwiedzała pałac, po dwadzieścia tysięcy ludzi bywało co dzień. Biskup oświadczył, że przy takim napływie nie podejmuje się prowadzić ciasną i krótką przestrzenią, od nas do Św. Krzyża, że będzie musiał do fary, i tak się stało z powodu przytoczonego. To współczucie, to oddanie sprawiedliwości zupełnej, choć dopiero trumnie, wielką a jedyną mi pociechą. Po egzekwiach tłumy się nie rozchodziły, czekały wyjazdu zwłok do Opinogóry i chciały aż po rogatki towarzyszyć. Rząd, zdaje się, nakazał tę godzinę wyjazdu w tajemnicy trzymać. Jeszcze nie wiem, co nastąpiło.