Jak możesz, Henryku Reeve, pomyśleć nawet, że przyjaciel Twój dałby się zawieść do Wiednia, by bić pokłony przed Tatiszczewem55! Nie, mój kochany; ani nieszczęście, ani słabość moja aż do tego nie doszły. — Przeznaczenie moje i okoliczności mogą mię spodlić, poniżyć, wydać na pogardę, lecz, co do mnie, co do wewnętrznego człowieka we mnie, nigdy sam się nie spodlę. A nie są to wcale czcze słowa! Możesz i będziesz mógł liczyć na nie wiecznie. W dniu, w którym Ci powiedzą, że sam się poniżyłem, roześmij się w oczy tym, którzy Ci to powiedzą, i pomyśl potem: „Zygmunta już nie ma na tym świecie”.
Dostałem list od mojego wuja i od rannego kuzyna, tego którego pierścień widziałeś na moim palcu, z włosami siostry jego, i list od jego młodszego brata, także oficera. Zdaje się, sądząc z tych listów, są o mnie w Warszawie najlepszego mniemania.
Zaprawdę, jeśli jest jeszcze coś, coby mogło mię pocieszyć, to zainteresowanie się mną matki Twojej — i, zaprawdę, dumny jestem z tego, że te same oczy napełniły się łzami z powodu poematu, co i z powodu mojego nieszczęścia. I jest może coś jeszcze z poezji potępienia we mnie i w mojem przeznaczeniu. Złóż matce Twojej moje uszanowanie, zapewnij ją o mojem przywiązaniu, o mojej wdzięczności za jej dobroć i powiedz jej, że może, gdybym miał matkę, taką jak ona (matka moja umarła, gdy byłem dzieckiem, zaledwie wiem, co to jest matka), nie byłbym istotą, jaką dziś jestem. Zgubią mię namiętności, jest to ojca mego proroctwo. Sprawdzi się ono. Mówiąc o mnie do swej matki, mów, jak gdybym był twoim bratem, Henryku; kocham Cię bardziej, niż brata. Nigdy nie miałem brata. Mój Boże! Wzruszenie Twojej matki wiele dobrego mi zrobiło, bardzo wiele. Więcej czuję dla niej wdzięczności, niżem zdolny wypowiedzieć.
A Ty, mój drogi, powinieneś być dumny, dumny, po trzykroć dumny, i po trzykroć szczęśliwy, żeś płacz swej matki wywołał, mówiąc o kochance. Niewielu ludzi w podobnem znalazło się położeniu. Widzisz, jaką siłę ma poezja! Podziwiaj, czem jest poezja! Nie wyobrażaj sobie, że Ty nią jesteś. Jest to poezja Twojego łona. Nie mógłbyś jej powstrzymać, nawet, gdybyś chciał. Cóż Cię ludzie obchodzą? Pozwól im podziwiać lub ganić, płakać lub śmiać się, unosić się lub naśmiewać. Mówię Ci i powtarzam: jesteś poetą, jeszcze raz poetą i zostaniesz nim, aż do śmiertelnego łoża — czy dla siebie samego, czy dla innych, to nie ma znaczenia. Lecz, kochany, nie zajmuj się tak bardzo broszurami, rozumowaniem itp. Nie pisuj tylu krytyk, zostaw to wszystko na starość, jeśli kiedykolwiek się zestarzejesz, i wierzaj mi, nie spiesz się ze swoim poematem. W dzień jeden po wydrukowaniu go uczujesz, że mogłeś weń tysiąc uczuć włożyć, które się w Tobie zrodziły, a wtedy cóż uczynisz? Trzeba będzie innej ramy szukać. Uczucia, gdy się ram dla nich szuka, słabną, wierzaj mi; doświadczyłem tego na sobie nie raz, lecz sto razy.
Żegnaj, kochany! Odpisz mi zaraz! Może będziesz wiedział coś o tej, która mną pogardza; przed rokiem byłbym powiedział: o tej, która mię kocha. Czasy i słowa się zmieniają. Ból tylko zostaje niezmienny. Piszę ciągle mojego Adama; któregoś dnia może będzie to jedyny dowód, świadczący na moją korzyść.
Zyg. Kr.
27. Do Henryka Reeve’a
27 lipca 1831, Genewa
Mój kochany Henryku!
Właśnie odebrałem list Twój z d. 21 lipca i zadowolony jestem bardzo, że te biedne kwiatki z Bourdigny mogły przypomnieć to, co było niegdyś, temu, kogo dziś tu nie ma. — Chciałbym znaleźć kwiat, który by mógł w stosunku do mnie podobny sprawić skutek i przenieść mię z powrotem w całej pełni młodości, energii i potęgi, w te godziny egzaltacji i gorączki, gdy, trzymając rękę H. w mojej dłoni, byłbym stawił czoło wszechświatu i bez lęku zajął przynależne mi miejsce na ostatecznym sądzie narodów. Lecz powiedziałem raz i powtarzam raz jeszcze: tak długo, póki mieć będę takiego przyjaciela, jak Ty, nie będę mógł powiedzieć, że jestem całkowicie nieszczęśliwy. Ty sam może zastąpisz mi wszystkie moje przywiązania, ojca, rodziców, kochankę; tem więcej przywiązany będę do Ciebie, im bardziej świat odwracać się będzie ode mnie: staniesz się gałęzią, której się chwyci człowiek tonący — Ciebie się uchwycę. — A jeśli zadrżysz w chwili wstydu, padnę na ziemię, amen.