Nie rozumiesz więc, dlaczego nie chcę do Londynu przyjechać? Przyjacielu, ciągnę za sobą łachmany, długą tkaninę żałoby, która ruchy moje tamuje. Nie pójdę ku ludziom, by przyjemność im sprawić mojem nieszczęściem; nie, przysiągłem to sobie. Zostanę, przykuty do ziemi genewskiej, aż do chwili, gdy będę mógł do Polski jechać. Nie mów, drogi, że lepiej mi będzie przy Tobie, niż przy Duchesne’ie. Nie pójdę żebrać o jej uśmiechy i spojrzenia. Byłaby zmuszoną dobrze mię przyjąć, gdyż obawiałaby się mojej zemsty. Nie zna mię zupełnie. Mówię Ci, że mną pogardza; ma do tego pełne prawo i słuszną przyczynę. Okoliczności wszystko zrobiły w tym celu, ja tylko trochę, lecz być pogardzanym przez tę, którą się kocha!

Oto jest ustęp z Adama56.

Nie, mój kochany, ja nie mogę jechać do Londynu. Pojechałbym chętnie do Ciebie, lecz nie do Londynu; byłoby to nową hańbą. Dosyć mam, nic już nie chcę dodawać. Na jeden krok od Genewy się oddalić, a krok ten do innego miejsca, nie do ojczyzny skierowany? Nie. Podróżować, jechać, by ludziom się pokazywać? Nie. — Jakkolwiek pogarda mię czeka, nie jestem jeszcze przyzwyczajony do pogardy. Trzeba, by pogarda także nieco poczekała na mnie. Przez dzień jeden, miłosierny Boże, nie można przyzwyczaić się do wstydu! Przypomnij sobie Zygmunta z Chamonix i z Salève i przyjrzyj się teraz tej samej istocie, piszącej słowa: pogarda, wstyd, a pióro nie wypada jej z ręki i serce w piersiach nie pęka w kawały. Czuję jednak w tej chwili jakąś słodycz; wyobrażam sobie, że jesteś przy niej, że dusza Twoja wpływa na nią, że jesteś u boku mojej Henriety, że mówisz z nią o drobnostkach, lecz oczy Twoje wypowiadają moje imię, i że ona odpowiada Ci jakiemiś frazesami, lecz spojrzenia jej rozumieją Twoje spojrzenia. Wszak prawda, Henryku, jesteś w Tunbridge Wells w jej salonie; ona koło fortepianu, Ty stoisz koło krzesła. Chwila to przykra dla Ciebie, który tam jesteś, rozkoszna dla mnie, który jestem tutaj. No i powiedz mi, jak też ona się miewa? Czy jest zawsze wesoła, dziecinna, słodka, czasem usposobiona sarkastycznie? A kibić jej, a oczy, a uśmiech, a ręka? Spójrz poprzez fałdy jej stanika: łańcuszek tam być musi, a na łańcuszku pierścionek. — Henrieto, Henrieto!

Czyż nie zadrżała w tej chwili? Cała dusza moja wyrywa się ku niej. Widzę ją, Ciebie widzę, lecz nie mogę Was dosięgnąć.

Damned, cursed destiny, damned, damned...57.

Wiersze Twoje o kwiatach z Bourdigny są bardzo harmonijne. Lecz myśl jest zupełnie ta sama, co w różach z Bendemeer w Zawoalowanym proroku z Karassun. Co do wierszy o Montreux, są one pełne uczucia, lecz oto jeszcze jedna myśl, która stała się upiorem i, wyszedłszy ode mnie, przyszła do Ciebie. There may the pilgrim, for a season where other pilgrims rest for ever58... Słowo w słowo to samo napisałem o cmentarzu w Montreux w moim poemacie polskim o Alpach (gdy mówię „poemacie”, roześmij mi się w nos!).

Fair Montreux! I had rather sleep with thee59 jest bardzo wzruszającym i ładnym wierszem. Ale zarobiłeś 700 fr. Dobrze, mój kochany, lecz im więcej zarobisz, tem mniej będziesz poetą. Nie pisuj nigdy dla zysku! Lecz z innej strony, byłoby humbugiem poezji, nie zarabiać, jeśli można. Nie czyń tylko nigdy wysiłków w tym kierunku.

To co mi piszesz: „Nie poznaję już swojego ja, które umiało tyle kochać”, jest wielką prawdą. Człowiek zużywa życie na zmienianie swego „ja”.

Przyjacielu, doszedłem do epoki w swojem życiu, która ciężkie brzemię wspomnień mi pozostawi, jeśli ją przebędę. Niechaj Bóg sprawi, bym jej nie przeżył, jeśli ona nie ma się zupełnie zmienić.

Śliczne słońce przenika do mojego pokoju, promienie okręcają się koło liter, które pióro moje kreśli. Jest to słońce Montreux, Saint Cergues, Chamonix. Wkrótce rok minie od czasu, gdyśmy byli na lodowcach. Nocy jednej byłeś w Sallanches bardzo nieszczęśliwy, a ja bardzo szczęśliwy, gdyż spodziewałem się listu od H. Dziś niczego już więcej się nie spodziewam. Dziś upadły jestem i zgnębiony. Dusza moja jest zdartą chorągwią, która łopocze na kiju. Jeszcze trochę natchnienia, ale i to też wkrótce się skończy.