Mój drogi Henryku!

Czyś odebrał list mój, posłany do pani Taylor, a następnie inny, adresowany do biura pocztowego w Norwich, w którym przedstawiam Ci szczegóły swojej sprawy z Łubieńskim, wyjazd do Polski, poroniony projekt, rozmaitego rodzaju trudności i przykrości, szał i gorączkę?

Jestem bardzo zadowolony, że mój kawałek z Chamonix dał Ci odczuć urok dni minionych. Lepiej zrobisz, posyłając Marię Shelley, niż ten ułamek. Poślij Marię Shelley, mówiąc, że jest to urywek poematu, który piszę. U diabła, mój drogi, sądzę, że mi wolno posyłać Ci urywki moich bazgrot i że H. nie może nic mieć przeciwko temu.

Obraz historii nowoczesnej Schlegla jest według mego zdania rzeczą słabą, dużo niższą od jego Literatury. Chce uogólniać, a nie umie. Przechodzi, śpiąc, obok wydarzeń wielkich i podniosłych, a zatrzymuje się przy ciasnych, małych sprawach austriackich, by przypodobać się rządowi wiedeńskiemu. Sąd jego o Karolu V i Maksymilianie jest w znacznej mierze fałszywy. Co jeszcze jest najlepszego, to ustęp o ludach germańskich, o godności kobiet w nich, o zaczątkach konstytucji angielskiej w szczególe, a systemu reprezentacyjnego w ogóle. Czytaj Ballanche’a, a znajdziesz w nim wielki i podniosły systemat, który może być błędny, lecz nie mierny. Nadto posiądziesz pojęcie poetyczne o starożytności, pojęcie wielkie i obszerne o Wschodzie, które studia klasyczne i gramatyczne tylko zaciemniają i wypaczają. Jestem pewien, że dzieło to olbrzymie na Tobie wywrze wrażenie. Za rzadko pisujesz do mnie, Henryku! Będziesz pisywał do mnie częściej, gdy się dowiesz, że nie mam innej pociechy, prócz Twych listów. Jesteś dla mnie w 1831 r. tem, czem była H. w 1830.

Siły, przyjacielu, siły! Wieczyście tak do Ciebie wołać będę. Mówisz, że mieć jej nie można między rzepami i zającami. Nieprawda! Wszędzie ją mieć można, lecz trzeba naciągnąć struny swej duszy, trzeba rozpatrywać ród ludzi ogólnie, a nie zatrzymywać się przy węglach kamiennych. Trzeba sobie stworzyć świat w sobie, trzeba zmierzyć się z przeznaczeniem, ciężarem na ludzkości i na każdej jednostce, wejść duchem z przeznaczeniem tem w szranki, iść krok w krok za lotem jego ciężkim i gnębiącym, przeciwstawiać mu wszędzie męstwo atlety i uczynić z tego wszystkiego długie przedstawienie cyrkowe, podczas którego nie lud rzymski, lecz wszechświat zasiadać będzie na ławach widzów: wtedy nie zbraknie Ci siły, a gdy potrzeba Ci będzie czułości i czystości, spokoju i słodyczy, porzucisz na chwilę myśl o przeznaczeniu i wzniesiesz się ku myśli o opatrzności, o Bogu miłości, gdzie nie ma już walki, a jest jedynie kontemplacja, gdzie nie ma okrzyków wojennych, a są pieśni dziękczynne, gdzie nie ma potępienia, lecz tylko zbawienie. A stamtąd padniesz znowu całym ciężarem na arenę, pełną potu i umęczenia, weźmiesz się za bary z ludźmi, braćmi swymi, i okolicznościami, siostrami swemi, będziecie rozdzierać się wzajemnie, póki wreszcie opatrzność nie otworzy niebios i nie wyciągnie ręki ku Tobie. I wszystko się skończy w potoku światła, zapału, wiary i miłości. Takim, zdaniem mojem, ma być rozwój poematu. Zrób z tem, co Ci się spodoba. Jest to synteza pojęć, które winny przewodniczyć rzeczywistemu dramatowi życia. Przekonaj się, czy się nie mylę62.

Dziś czuję się trochę lepiej na duchu niż zwykle. Zwycięstwo nad Rudigerem i Rosenem dobrze mi zrobiło. Ale mordy, to coś złego. (Przy sposobności proszę Cię, byś zwracał uwagę na swoją francuszczyznę. Robisz już poważne błędy.) A więc człowiek o spodniach jak szachownica, uosobienie mdłości, marny wioślarz z Londynu, słowem Sharpe, powrócił do Anglii. Nie wątpię, że niezmierną odniósł korzyść ze swej błyskawicznej podróży. Co za fujara! Ponieważ mówisz mi o pokryciu jego nagości, odpowiem Ci, że wolałbym podjąć się ubrania wszystkich podrzutków ze szpitala, niż włożenia jednej myśli do mózgownicy wspomnianego podróżnika. Lecz nie trzeba sądzić z pozorów. Może jest to geniusz skromny, ukryty, rodzaj fijołka, fala błękitna na gnijącej zielonawej powierzchni, doskonała Madera we flaszce, pokrytej piaskiem, trzy jabłka granatu w kawale granitu lub wapna, orzech w gorzkiej skorupie, źle oprawna, ale wspaniała książka, zegarek złoty w ścieku — czy ja wiem? Ale dość tego. Niech dobre myśli zbudzą się w Effinghamie Wilsonie! Bodajby stał się poetą wtedy, gdy czytać będzie moje (?) dzieła, niech będzie wówczas pod wpływem pełnego kielicha wesołego szampana, niech wszystkie jego rachunki będą zapłacone, niech będzie zadowolony, życzliwie usposobiony, przedsiębiorczy, zdolny do zapału, elegancki, obłąkany, szalony, niech będzie, czem chce, byleby poemat Twój wydrukował — a ostatnie głuche uderzenie prasy drukarskiej, padające na ostatnią kartę Twego poematu, będzie dźwiękiem, który będzie miał znaczenie w życiu Twojem.

Bądź przygotowany na krytyki, na pochwały! Niech ani jedne, ani drugie wielkiego na Ciebie nie robią wrażenia, ale zachowaj zawsze czyste, święte, podniosłe przekonanie, że jesteś poetą, a przepowiadam Ci sławę i nieszczęście zarazem.

Ja — ale czyż mam Ci mówić o sobie, o tem nędznem stworzeniu, które śmie jeszcze mówić i pisać, zapalać się i rozpatrywać piękności Alp, chociaż wszystko wkoło niego się wali — sława, przyszłość, honor? Czuję to, czuję, zgubiony jestem i nie sądź, że stoję jeszcze na brzegu przepaści: już w nią zacząłem zstępować. Jakąż popełniłem zbrodnię, by taką karę znosić? Jestem młody i nie mogłem wiele złego zrobić na świecie. Charakter mój mało ma skłonności do okrucieństwa, podstępu lub zdrady. Cóż zrobiłem? Ach, faryzeusza to dzieje! Cóżem zrobił? Zaprawdę, dopuściłem się czynów, godnych kary. Gdy zwracam się do czasów minionych, widzę się, gdy, wyszedłszy z dzieciństwa, przechodzę pod łukiem tryumfalnym młodości z sercem namiętnem, którego żadna cnota, żadna zasada nie powstrzymała na drodze grzechu; tam młoda dziewczyna, tam kobieta oszkalowana, tam tysiąc przykrości, wyrządzonych przeze mnie wtrąconemu w nieszczęście ojcu, tam pycha bez granic, tam myśl wzniosła, łącząca się ze zbrodnią i obłudą, tam orgie z kielichem w ręku, tam nieokiełzane nienawiści, prowadzące do walki. Oto orszak, który mię otacza w moich smutnych wspomnieniach. Bóg nic nie zapomina.

Ale nie będę się żalił, nie będę się skarżył, jak dziecię lub młoda dziewczyna. Nieść będę los swój, jak Syn Człowieczy niósł krzyż swój na wzgórze Golgoty, a choćby może lepiej dla mnie było rzucić się rozpaczliwym skokiem w dół, w przepaść, nie będę szukał ucieczki przed widmami, które smagają mię ostremi wyrzutami i ścigają przeraźliwem wyciem. Ach! Gdybyż mieć ucho, zdolne wsłuchać się w melodię pieśni — ach, gdybyż mieć duszę, zdolną upoić się muzyką i usnąć przy śpiewie drogich, najdroższych ust, i śnić o państwie światła i państwie dźwięków, gdy koło nas piękność budzi ubóstwianą ręką tony, które kochamy! To było niegdyś moim udziałem, lecz przeszło, i to na wieki. A mnie pozostało tylko cierpieć, stykać się z nienawiścią i pogardą, a nie z przyjaźnią i miłością. Przyjaciele moi umarli lub rozproszeni są z dala ode mnie. Pani moja i miłość zamieszkuje między ludźmi, którzy imienia mojego nigdy nie słyszeli i co dzień mniej pamięta, jak je wymawiać należy. Łódź moja jest nędzną barką. Płynę pospiesznie nad skałami. Żagle moje, niegdyś śnieżne w blasku słońca i mgliste w promieniach księżyca, dziś przez niejedną burzę rozerwane są i przebite.

Nie mogę odegnać od siebie tych straszliwych widziadeł. Wirują wkoło mnie, szare, jak mgła wieczorna, bolesne, jak pieśni pogrzebowe, a gdy ludzie wołają do mnie: „Otrząśnij się z nich!” uśmiecham się, śmiejąc się z tego, gdyż łatwo strząsnąć ze skroni naszej wieniec z kwiatów, gdyż liście ich są miękkie i delikatne, ale trudno zerwać koronę cierniową.