Lecz cicho! Zegar bije godzinę odjazdu. Pójdę swoją drogą.
Żegnajcie góry, żegnajcie miejsca, pełne drogich, drogich wspomnień! Pójdę swoją drogą, a droga moja wiedzie ku śmierci i zapomnieniu.
(Napisałem to w nocy, gdy miałem pojechać do Paryża; były to ostatnie słowa, kończące moje manuskrypty angielskie, Tobie przeznaczone). Wszystko to jest snem. Chociaż sądziłem, że moja godzina wybiła, był to tylko zwodniczy dźwięk gorączkowych widziadeł, a gdy widziadła takie często wracają, skracają nam życie. Bo, gdy unoszą się nad naszym mózgiem, nie jesteśmy tem, czem byliśmy przedtem, ani tem, czem jesteśmy co dzień. Rozgorączkowani, stajemy się na chwilę potężniejsi, zdolni walczyć z wrogami i zginąć bez jęku, zdolni przekazać swój zapał innym ludziom i pchnąć ich swemi słowami na dziką drogę zmagania się i niebezpieczeństwa. Stajemy się duchami ognistemi zrywającemi się z form glinianych. Cierpimy i radujemy się z naszych cierpień i nie zamienilibyśmy naszych udręczeń na tętno szczęścia i uśmiech wesołości. Bo czujemy, że dusza nasza ulata w górę i unosi się wysoko nad tymi, którzy nie wiedzą, co to znaczy nosić kamień w sercu. Ból ma swoje szczyty, jak i szczęście, lecz wysusza źródła naszego życia, wypala szpik naszych kości, zamienia nas w kościotrupy i gasi błyskawice naszych oczu. Takie widziadła przechodzą szybko, ale ślady ich pozostają. Rzucają one w nasze serce toczące robaki.
Niech tak będzie!
Nie wiem, dlaczego dostałem napadu angielszczyzny, ale, ponieważ go dostałem, niech tak będzie.
Nie ma godziny, żebym nie myślał o Henriecie; jest mi tak droga, jak złudzenie, jak sen najdroższy, a sen prędzej może staje mi się drogi, niż rzeczywistość. Jeśli ją zobaczysz, niech dusza Twoja, powiększona o moją, wybuchnie w spojrzeniu, które jej rzucisz! Leach zawiadomił mię, że pisał do niej, zapytując o paczki, przez siebie wysłane. A więc nowa burza rozszaleje w jej sercu. Biedna dziewczyna, żałuję jej bardzo, że ukochała swoją pierwszą miłością tego, kogo ukochała swoją pierwszą miłością. Ale co się stało, już się nie odstanie i stać się musiało. Żegnaj, Henryku, uszanowania dla matki Twojej! Pisuj i nie ociągaj się!
Zyg. Kras.
Czy odebrałeś mój list z „Marią z Mont-Blanc”, a później inny z domem w Bourdigny?
32. Do Henryka Reeve’a
14 września 1831, Genewa