Kochany Henryku!

Skłaniasz się do mojego zdania i pogarda H. wydaje Ci się rzeczą prawdopodobną. To dobrze. Długo w nią wątpiłeś, ja zaś ani jednej chwili. Gdyż między dwiema duszami, które się kochały, pozostaje zawsze nić sympatii, łańcuch, którego końcowemi ogniwami są dwa serca, i gdy jedno z ogniw zadrży jakiemkolwiek uczuciem, ruch ten przenosi się i, choć osłabiony, dochodzi do drugiego. Drugim sercem było moje, i uczułem gorycz jej pogardy i czuję ją jeszcze; jest to jedna z najbardziej zatrutych czar między temi, które mi zostały podane na uczcie nieszczęścia. Podtrzymuj wspomnienie o mnie w jej duszy, tak, jak się podtrzymuje wspomnienie zmarłego. Gdyż umarłem dla niej, i może nigdy nie nadejdzie moje zmartwychwstanie.

Podoba mi się epizod z Twoją ciotką. Przypomniała mi ona tych dawnych przedstawicieli starych rodów, których z dnia na dzień coraz mniej na powierzchni ziemi, a którzy ustąpią miejsca nowej rasie, rwącej się na podbój społeczeństwa w otoczeniu brzytew golarza i statków parowych mechanika. Niech tak będzie! Przypomniało mi to moją babkę, przypomniało mi to moich przodków, o których wspomnień tysiące drzemało w mojem łonie, salę w naszym pałacu, pełną ich portretów, kościół we wsi naszej, pełen ich pomników grobowych, i podziemia, pełne ich trumien, dziedziczne nienawiści, przekazywane z łoża śmierci ojca życiu syna, a wreszcie pierścień z diamentami obudził w mej duszy obraz zbroi, złotem nabijanych, wspaniałych rzędów, siodeł, czapraków, uzd, pokrytych szafirami i szmaragdami, długich fuzyj, łuków, sztyletów i szabel, które tyle razy widziałem w dzieciństwie swojem, leżące w pyle dokoła mnie, pośród milczenia długiej sali o oknach gotyckich. Były to relikwie przodków moich i niejedna z tych szabel wyszczerbiła się na rosyjskich, tureckich i tatarskich piersiach. Dziwne, że imię Izabelli Wallace wszystko to we mnie obudziło.

Legenda moja jest od Twojej prawdziwszą, gdyż żaden młody wieśniak do ogrodu nie chodził. To ja byłem, a jeśli zrywałem kwiaty, to nie dla narzeczonej swojej. Tymczasem „Maria z Mont Blanc” jest czemś prawdziwem, zdarzeniem pewnem, w którem tyle jest prawdy, co w fakcie, że góra Mont Blanc istnieje. Znalazłem opis jego w broszurce jakiegoś angielskiego kapitana, przedstawiającego swoje wejście na Mont Blanc; potem rzecz tę opowiedziano mi i potwierdzono w Chamonix.

Uważam, że wiersze Twoje O niewinności dzieciństwa są bardzo ładne, nieuchwytne, rozmarzone i miękkie, lecz zupełnie pozbawione energii. Przedmiot na nią nie dozwala. Lecz w Marii siła jest dopuszczalna. Daj więc w Marii coś mocnego, coś „uszlachetnionego przez niebezpieczeństwo” w owych strzelcach kozic, opartych o skałę z karabinem w ręku, ze spokojną zuchwałością górali na czole. Niechaj te dzieci przepaści staną się wzniosłe w Twoich rękach! Lecz niech zarazem nie będzie w tem nic — diabeł wie, z czego chcę powiedzieć: z myśli wschodnich lub włoskich. Niechaj nie będzie nic, prócz Alp i surowości Alp. Weź tych ludzi i przedstaw ich takimi, jakimi są w rzeczywistości, nie zaś, jakimi by je stworzyły Twoje sny poetyckie i bądź pewien, że dosyć jeszcze się znajdzie w nich poezji. Zresztą wszystkie te rady nie warte grosza. Gdy poczujesz natchnienie, siadaj i pisz, kpiąc ze wszystkich rad krytyków; zrób mi tę przyjemność i zacznij ode mnie! Ale nic mi nie mówisz o ostatniej scenie Adama w podziemiach ani też o scenie, w której uzbrojone góry uderzają na siebie. Chciałbym wiedzieć, jakie jest zdanie Twoje o obu scenach.

Przedwczoraj napisałem do Norwich ogromny list, pełen geniuszów i duchów, wywołanych przeze mnie. Wróciłem teraz znów do pracy, porzuconej od czasów włoskich (w swoim czasie pisałem Ci o tem), do romansu czy też historii z życia wiejskiego w Polsce; nosi tytuł: Przeor Augustynów, lecz utwór uległ z czasem zmianom. Powiązałem go z powstaniem w Polsce, a ponieważ nie mogę nic spokojnego napisać, wprowadziłem do niego katastrofy i nieszczęścia. Biedna dziewica, uśmierciłem ją! Miałem w tych dniach mocne i pewne natchnienie. Codziennie piszę jeden rozdział. Skończę to wkrótce, a wtedy zabiorę się do przepisywania dla wypoczynku umysłu i wprawy w kaligrafii.

„I często czyni się dobrze, raczej po to, ażeby kochać, niż dlatego, że się kocha”, jest jedna z najlepszych uwag, jakie kiedykolwiek w życiu wypowiedziałeś. To prawdziwe i głębokie spostrzeżenie. Wierzaj mi, kochany, że przyjaźń matki Twojej daje mi bardzo słodkie, bardzo spokojne i nieco melancholijne wzruszenie. Myślę często o małym saloniku z brązowym kominkiem, brązowym dywanem, jasną tapetą i z pianinem, na którem widziałem raz ślizgające się palce H. a tyle razy Twoje, o matce Twojej, siedzącej przy stole, o tej lampie, która przyświecała nam wszystkim z taką życzliwością, a mnie promieniami gościnności. Nie jest to jedno z moich namiętnych, palących, egzaltowanych, nieokiełzanych wspomnień, za których rzeczywistość oddałbym życie, lecz jest to jedno z moich wspomnień cichych, kojących, spokojnych i pogodnych. A kto wie, czy wspomnienia tego drugiego rodzaju nie są przeznaczone, by przetrwać pierwsze? Czy mi wierzysz?

Wspomnienia moje są najkosztowniejszą rzeczą, jaką posiadam, i są mi słodsze od niejednej nadziei. Nadzieja, mój przyjacielu, to poemat, to rozpoczynający się dramat, a więc będą w nim walki i zawody. Wspomnienie jest poematem, dramatem zakończonym. Walka była w nim i było w nim szczęście, lecz, chociaż to jest przeszłością, jakiś nieznany mi instynkt wieczności sprawia, że człowiek przemienia tę przeszłość w teraźniejszość, zmusza ją do stania się teraźniejszością, lecz teraźniejszością bez kłopotów rzeczywistych teraźniejszości, bez uczucia nędznego życia rzeczywistej teraźniejszości, bez wszystkich drobnych przyjemności rzeczywistej teraźniejszości, z których każda jest cierniem. Wspomnienia nazwałbym różą, której kolce znikły, która pozostała sama, opuszczona, samotna i z ogrodu, gdzie kwitła, przyszła, by przywiązać się do naszego łona i, tam ukryta, kołysze się przy tchnieniu duszy naszej, woń swą wydając. Nadzieja jest pączkiem olśniewającej świeżości, lecz wewnątrz często stoczonym przez gąsienice, a gdy sądzimy, że płatki się rozwiną, nie znajdujemy nic prócz zgnilizny. Wszystko się zwraca przeciwko nadziei: i sam człowiek, i przeznaczenie, i wola innych ludzi. — Wspomnienie jest nietykalne, jest trybunem duszy, który jej broni przed rozpaczą, który ją podtrzymuje w dniach męki i nie dozwala na jej spodlenie. Gdyż dusza, która ma szlachetne i wielkie wspomnienia, nigdy się nie spodli, ta zaś, która ma wielkie i szlachetne nadzieje, może po wiele razy okazać się niegodną swego przeznaczenia, upaść i stoczyć się w błoto.

Jakiż to czar, jakaż siła i potęga jest we wspomnieniu! Jest ono księciem ludzkich tajemnic, jest geniuszem przepaści duszy. To ono narzuca złoto-błękitną zasłonę na wszystko, czem byliśmy niegdyś, i ono przemienia czarę goryczy w czarę półbogów. Dodaje miłość do miłości, przyjaźń do przyjaźni, wprowadza harmonię do duchowych obrazów i zbiera rozsypane szczątki naszego życia — to ono z przeszłości naszej tworzy muzykę, przy której dźwięku jest nam łatwiej postępować w przyszłość. Jest muzyką Tyrteusza w dniach walki, a Anakreona w dniach radości. Wspomnienie jest syntezą, nadzieja analizą, itd. Ale oto chyba dosyć o tych dwóch stronach duszy, które musiały Cię szalenie znudzić. Leach powiedziałby, czytając te słowa: „Przeklęty humbug”.

Żegnaj, przyjacielu!