Twój do śmierci
Zyg. Kr.
33. Do Henryka Reeve’a
Genewa, 25 września [18]31
Kochany Henryku!
Chciałbym bardzo być tego zdania, co biskup Berkeley, gdyż nie wierzyłbym w istnienie tyranów, hipokrytów i bankierów, lub przynajmniej mógłbym o niem wątpić. Lecz, niestety, jest to zanadto prawdziwe, prawdziwe.
Warszawa się poddała. Rosjanie znieważają żywych i umarłych. Lecz pokładam ufność w Bogu, w tym Bogu, który nigdy zbrodni nie pozostawił bez kary, który rozżarzone węgle gromadzi na głowach królów — i pokładam ją w tych słowach, apostoła: „Tam, gdzie jest Bóg, tam wolność”. Jakżeż uwielbiam teraz tę ziemię skrwawioną, tak świętą przez tyle klęsk i bólów, posianą kośćmi męczenników, ziemię rezygnacji i zapału, ziemię, gdzie przodkowie moi śpią w swoich grobach, gdzie bracia moi martwi padli na te groby i gdzie my któregoś dnia, my, którzyśmy przy życiu pozostali, zginiemy na trumnach naszych braci. Wszystko dla niej, życie, wysiłki, dni, noce moje, smutki i radości moje! Wszystko dla niej: i miecz mój, i lira moja, wszystko, aż do ostatniego tchnienia.
A kto wie, czy to ostatnie tchnienie jest jeszcze dalekie. — Cholera jest w Bazylei, według tego, co dziś mówią. Jeden skok, a wpadnie obiema nogami jednocześnie między nas. Nakreślę Ci obraz Genewy. Dziś mamy piękny dzień jesienny, niebo błękitne, powietrze świeże, jezioro spokojne i lazurowe, ani jednej chmurki, słońce w całym swym blasku. Sklepy zamknięte, gdyż jest niedziela, na ulicach ludzi mało, ponieważ w Plainpalais obchodzą święto ogrodników i tam na zielonej murawie, kochance opuszczonej lorda Églintona, wznosi się słup z nagrodą u szczytu, cyrk z desek, gdzie skaczą tancerze, gdzie drgają sznury, naciągnięte pod ich stopami, gdzie kuglarze pokazują swoje sztuki, a lud klaszcze. Oni i lud na wyścigi popisują się sztukami łamanemi. A więc tam, w alejach topolowych, okrzyki, tłum, hałas, bezmyślna radość, a wieczorem skończy się to na pijaństwie. Lecz wejdź do domów w mieście, szczególniej na wyżej położonych ulicach; wszystko zmienione, inny wygląd, inne zajęcia, inne rozmowy. Strach blady na twarzach, męki w głębi serca, a potem tysiąc różnych zarządzeń, tysiąc środków zapobiegawczych, które snują się po głowie, jak straszliwa zmora. Chlorat wapna, kamfora i mięta, ślaz, flanela, synapizmy, kataplazmy przeistoczyły się w natrętne myśli, które im toczą mózgi i rozdzierają serca.
Znasz te wszystkie maleńkie towarzystwa, gromadki, złożone z babki, matki, syna, córki, wnuka i wnuczki. A więc każda z tych gromadek siedzi zamknięta u siebie, marząc o sposobie uniknięcia boskiej plagi. Jedni patrzą na drugich z miłością, życzliwą obawą i tchórzostwem, potem następuje rozmowa o szpitalu, o ilości chorych, o widokach na przyszłość, o Wiedniu, Berlinie, Bazylei, i najbardziej odważni mówią: „Ach, nie o siebie się boję, lecz o tego i tamtą, który jest moim ojcem lub moją matką, bratem moim lub siostrą, lub też przyjacielem” itd. Potem są ojcowie rodzin, ludzie stateczni, oszczędni, rozsądni, przewidujący, przez pół ojcowie rodzin, a przez pół bankierzy. Ci piszą swój testament, ale oto kłopot: kogo tu naznaczyć egzekutorem testamentu, bo na kogóż można liczyć tam, gdzie jest cholera? I drapią się w głowę, i nie wiedzą, co czynić. Czepiają się szczegółów swoich spraw majątkowych, rent, spekulacji giełdowej, tak, jak ten, który idzie na dno, chwyta za ramiona zbawcę, lub gałąź, albo też puste powietrze ponad swoją głową, już zanurzoną w wodzie. Ale to, co jest najbardziej wzruszające, to spojrzenia młodych matek, rzucane na świeże i zdrowe dzieciątka, które się bawią na dywanie, o nic się nie troszcząc. Biedne matki, już teraz toną we łzach. Zaprawdę, jest im z tem pięknie. Lecz poza tem trzeba się przyjrzeć tłumowi, cisnącemu się w aptekach, w sklepach z flanelą, a następnie przygotowaniom lekarzy, którzy, w białych bluzach, zmaczanych w chlorku wapna, gotują się stawić czoło niebezpieczeństwu zarazy, gromadzą u siebie najrozmaitsze potrzebne przedmioty. Gospodynie rozpaczają. Ostatnią beczkę ryżu sprzedano wczoraj w Genewie, oto powszechny krzyk. Chodzą tu i tam, gonią za mąką i drobną kaszką, ażeby się zaopatrzyć, gdy już komunikacja zostanie przerwana. To jak Warszawa w chwili zbliżania się Rosjan. Lecz w Warszawie był Skrzynecki, który wstawiał się za swoim ludem do Boga. Tu są tylko bankierzy, pastorzy i kupcy. Niezawodnie, będziemy ją mieli wkrótce. Przeczucia moje dziś na żadną nie skłaniają się stronę, jednakże czuję w sobie wiele poezji. Człowiek, który ma w sobie wiele poezji, nie może umrzeć, gdyż jest przeznaczeniem tej poezji, by wpłynęła z jego duszy do dusz wielu. Jutro idę do spowiedzi i komunii. Chcę umierać nie jako ciało, lecz jako duch. Gdy umrę, oto co masz uczynić:
Pójdziesz do H., będziesz się z nią widział w cztery oczy, opowiesz jej historię moją, tak, jak ją znasz. Opowiesz jej o moich wysiłkach, o walkach samotnych w moim ciemnoczerwonym pokoju, bardziej gorzkich od walk we krwi i dymie, powiesz jej wreszcie, że ją mocno kochałem i że ją błogosławiłem w ostatniej swojej godzinie. Nic więcej, to dosyć.