Jeśli Leach’a zobaczysz, ucałujesz go ode mnie i powiesz, że ostatniemi słowami umierającego przypominam mu krzyż na środku Koloseum. Co do Ciebie, Henryku, ujrzysz mię w godzinę, która nastąpi po mojej śmierci. A jeśli to niemożliwe, bądź pewien, Henryku, że ten, który Cię kochał, kochać Cię nie przestanie tam, gdzie będzie, gdziekolwiek to będzie. Wszystkie moje angielskie i francuskie manuskrypty należą do Ciebie, wszystkie polskie do mojego ojca, a potem Duchesne prześle Ci listy od H., które zwrócisz, komu należy, i Twoje własne, które zachowasz, ponieważ czytałem i odczytywałem je z przywiązaniem, wdzięcznością i łzami. Jeśli jestem do czegoś przeznaczony, jeśli ze wszystkich celów pozostał jeszcze we wszechświecie jakiś dla mnie, nie umrę. W przeciwnym razie umrę, i dobrze zrobię.
Na tem przerwijmy! Człowiek nie powinien nigdy mówić zbyt długo o swej śmierci. Oto mój hymn żałobny dla Polski. Posłałem go do Biblioteki Powszechnej.
Żegnaj, najdroższy!
Zyg. Kr.
34. Do Henryka Reeve’a
21 (?) września 1831 roku. Genewa
Henryku!
Czyś słyszał ostatni krzyk mojego wielkiego narodu? Czy doszedł do uszu Twoich odgłos podków koni zwycięzców na brukach Warszawy? Czyś przypatrywał się kiedyś w rozpacznym śnie szatanowi pychy i zbrodni, rzucającemu się na szeregi przerażonego tłumu i wchodzącemu w ulice konającego miasta? Gdyż tam, gdzie nie ma już wolności, jest śmierć. Taki więc miał być koniec tej podniosłej Polski, która od pół wieku wlecze się z bronią w ręku od jednej mogiły do drugiej, umrzeć nie mogąc — gdyż jest wielką — i nie mogąc zmartwychwstać, gdyż Opatrzność nie raczy przełamać Przeznaczenia. Już nie mówię o przyszłości, nadziei, nie mówię o wstydzie. Wszystko się stoczyło do mogiły niezmiernej, z której potomność piedestał utworzy dla posągu cara. Staliśmy się znowu tem, czem byliśmy niegdyś: ludźmi bez żadnych cech człowieczeństwa, istotami, przeznaczonemi by błądzić po wszelkich stronach w poszukiwaniu zbielałej czaszki, opuszczonych kości — by widzieć w wieku dojrzałym, jak ciemiężyciel zrywa plony zbóż na polach, zlanych ich krwią w dniach ich młodości — by mówić cicho i pochylać głowy — by żyć w wiekach minionych i nie móc się utożsamić z teraźniejszością — by cierpieć i myśleć „zemsta!”, lecz nigdy jej nie zaznać — by zerwać struny swej liry, złamać ostrza swych mieczy i zasiąść obok w milczeniu, nie mając nad głową swoją nawet cienia wierzb babilońskich.
Dramat odegrano dobrze. Szczątkami jego dekoracyj są trupy i połamane bagnety. Przeszedł z dala ode mnie. Nie miałem nawet na całe życie niewoli ani jednego roku wolności. Cóż powiem, jeśli kiedykolwiek mit siwizny osiągnę, tym, którzy pytać się będą o wielkie dni mojej młodości? Lecz nie, ja umrę wkrótce, młodo! Jeśli sława męczennika została mi odmówioną, Bóg mnie przynajmniej nie splami hańbą niewolnika.
Przesuwam i przesuwam raz jeszcze ręką po czole. Ten majak szału, majak jednego roku rozbił się w kawałki; skończyło się tyle bólu, tyle nadziei, tyle silnych wzruszeń, tyle entuzjazmu. Nie mam już zapór do zwalczania, gdyż droga, którą miałem podążyć, w przepaść się zapadła. Gdzież ona, gdzież jest ta Polska jednej chwili, meteor ojczyzny? Czy słyszysz hasło Rosjan na murach Warszawy?