Nic mię więcej nie wiąże z tym światem, ani H., ani Ty, Henryku, ni spokojne szczęście, które sobie obiecują niektórzy ludzie po zakończeniu jakiejś rewolucji, ni nadzieja ujrzenia znów mego ojca. O, nie! „Być albo nie być, oto jest pytanie”.
A mówię Ci, że w dniach tryumfu zbrodni wiele dusz zwątpiło w Boga. Zapewne, nie są to wybrani, lecz ludzie słabsi, a jednak ludzie o duszach podniosłych, ludzie, którzy po wiele razy czcili Boga i wzywali Go w godzinach niebezpieczeństwa, lecz teraz serce ich rozbiło się o Przeznaczenie. Myśleli, że to Opatrzność stanęła im na drodze. Ja nigdy nie zwątpię, gdyż każda kropla krwi przelanej przypomina mi tylko krew z Golgoty, lecz zawołam głosem wielkim: „Ród ludzki przeklęty jest za swe zbrodnie, a kara dosięgnie niewinnych jak i winnych. Trzeba śmierci i konania, aby je przeciwstawić bezbożności i złej woli. Polacy zginęli! Lecz wtedy przekleństwo tym, którzy zapomnieli o wszystkiem, by tylko za własną iść korzyścią, którzy głośno wykrzykiwali i mówili wiele, a teraz w ogłupieniu przyglądają się śmierci narodu. Lecz potępiony jestem! Chcę teraz popisywać się pięknym stylem! — Boże miłosierdzia, do czego doszedłem? Któż może choćby jedno zdanie napisać przy łożu śmierci, w pierwszej godzinie po ostatniem tchnieniu matki! Trzeba na to być mniej, niż człowiekiem lub pismakiem dziennikarskim!
A potem, co bardziej jeszcze mię trapi, niż wzięcie Warszawy, to (jeśli wieść o tem jest prawdziwa) dwa listy z poddaniem się, posłane Paszkiewiczowi przez Małachowskiego, generała, który dowodził ostatkiem armii. Ten Małachowski jest moim wujem, stworzenie to stare i głupie. Poddanie się! Czyżby ufali w szlachetność truciciela ludów, tego, który zawarł przymierze z zarazą, rzucił ją na swych poddanych, na swych przyjaciół, na Europę, bez wyboru na wszystkich i na każdego, i który z wysokości swojego tronu nasyca się z rozkoszą temi odległemi spustoszeniami, na które nie śmiałby się narażać, lecz o których lubi słuchać? To jest jego muzyka.
Boże sprawiedliwości i miłości! Dlaczego nie natchnąłeś lepiej tych bohaterów w ich ostatnich chwilach? Dlaczegóż nie zginęli? Lecz zapominam, że tylko poszczególne jednostki poświęcają się, ale nigdy masy. Tak, złożą więc broń! Biały orzeł powlecze się na swych łapach ku zwycięzcy i zakrwawionym dzióbem, rozdartemi skrzydłami złoży hołd pysze tyrana. Idź, biedny ptaku drapieżny, by uzyskać przebaczenie, lecz są dusze, które nigdy o nie nie poproszą!
A teraz zaczyna się moja rola; będzie ona bardziej ciemna, może nie mniej przez to bolesna. Zapamiętaj sobie te słowa: i jeśli któregoś dnia usłyszysz, że mię zawleczono na Sybir, wznieś oczy swe w górę, by podziękować swojemu Bogu za to, że choć raz jeden pozwolił Twemu przyjacielowi pokazać, że jest dobrym Polakiem.
Oto jest artykuł Lammenais’go z „Przyszłości”63. Przepisuję go dla Ciebie, bo sam już nie mogę pisać, gdyż serce moje jest tak ciężkie, jak kamień, i bije, jak w malignie — a również dlatego, że artykuł ten jest wzruszający i podniosły.
„Warszawa się poddała. Bohaterski naród polski, opuszczony przez Francję, odepchnięty przez Anglię, upadł w walce, którą z taką chwałą prowadził przez osiem miesięcy przeciwko hordom tatarskim, sprzymierzonym z Prusami. Jarzmo moskiewskie znów zaciąży nad ludem Jagiellonów i Sobieskich, aby zaś nieszczęście jego cięższem się stało, szał gniewu kilku potworów osłabi może odrazę, którą powinna wzbudzić zbrodnia tego nowego podboju. Niechaj każdy zatrzyma to, co mu się należy: dla oprawców zbrodnie i hańba, prawdziwym dzieciom Polski sława czysta i nieśmiertelna, dla cara i jego sprzymierzeńców przekleństwo każdego, kto nosi w sobie ludzkie serce i ktokolwiek czuje, co to ojczyzna, a ministrom naszym ich imię — poniżej niego nic już nie ma. A więc szlachetny narodzie, bracie nasz we wierze i towarzyszu broni, gdy za życia swego walczyłeś, życzeniami tylko mogliśmy Ci dopomóc, a teraz, gdy leżysz pokonany na arenie, dać Ci możemy tylko łzy nasze. Oby Cię mogły choć trochę pocieszyć w Twoim ogromnym bólu! Wolność przeszła ponad Tobą, jako cień przelotny, a cień ten przeraził Twoich dawnych ciemiężycieli. Zdawało im się, że widzą sprawiedliwość.
Gdyś spojrzał na niebo po dniach ponurych, zdawało Ci się, żeś tam odkrył pogodniejsze znaki i powiedziałeś sobie: »Zbliża się czas wyzwolenia. Ziemia, która kości naszych przodków pokrywa, jeszcze będzie naszą. Nie usłyszymy na niej więcej głosu cudzoziemca, wydającego nam bezczelne rozkazy, a ołtarze nasze i ogniska wolne będą«. Omyliłeś się. Nie, nie nastąpił jeszcze czas życia, lecz czas śmierci: dla tego wszystkiego, co najsłodszem i najświętszem jest wśród ludzi. Narodzie bohaterów, narodzie miłości naszej, spoczywaj spokojnie w grobie, który dla Ciebie wykopały zbrodnie jednych i podłości drugich! Lecz nie zapominaj, że nadzieja żyje jeszcze w tym grobie, że krzyż jest na nim, krzyż proroczy, który mówi: Ożyjesz!”. (Lammenais, „Przyszłość”).
Te ostatnie słowa wstrząsnęły mną. Myślę więc, że nie wszystko jeszcze stracone i że wkrótce z tych popiołów i kości wytryśnie jutrzenka, trwalsza od tej, która właśnie zagasła. Żyjemy w epoce, w której jedno ogniwo europejskiego łańcucha pociąga za sobą ruch wszystkich innych, albo też jeden krzyk, który znad brzegów oceanu porusza gałęzie lasów Litwy.
Nie jest wcale postanowione w myśli boskiej, że naród ma zginąć, póki naród ten sam nie przyjmie swojej śmierci. A my nie przyjmiemy jej nigdy, gdyż ze śmierci tylu ofiar wytrysło nowe życie duchowe, które długo ożywiać będzie moją ojczyznę. — Idźmy od poświęcenia do poświęcenia, od bólu do bólu, a zawsze w milczeniu! W końcu dojdziemy do kresu pokuty. W końcu będziemy mogli powitać wolny widnokrąg nad sobą. A jeśli nie, jeśli pokolenie, do którego należę, ma zginąć w pełni chwały i lat młodych, lub też powoli zwiędnąć i zagasnąć nieznane, niechaj tak będzie, byleby tylko nasza ostatnia myśl była myślą, poświęconą Polsce.