Choroba matki Twojej zmartwiła mię bardzo, ale miała jeden dobry skutek: wzruszyła Cię, zmiękczyła Twe serce, zmniejszyła Twoje samolubstwo. Podoba mi się również zorza miłości ojczyzny, wschodząca w Twojem sercu. Bogu niech będą za to dzięki!
Widuję często brata Augusta. „To człowiek przeszłości” powiedzieliby członkowie klubów, a ja mówię: „To człowiek szlachetny i mężny, jak jego szabla”. Członkowie klubów nas zgubili. Nie możesz sobie nawet wyobrazić ich szaleństw i wściekłości. Ci nędznicy, szewcy, przechrzty i krawcy, chciwi pieniędzy, nie znający wcale Polski i jej przeszłości, chcieli dojść do majątku, zarobić, spekulować na giełdzie, wieszając, oczerniając i podburzając, a teraz rozpowszechniają broszury przeciwko wszystkiemu co mamy naprawdę wielkiego i szlachetnego. Oni nazywają to arystokracją. Ale, jeśli mię kochasz, to wierz mi i pamiętaj, że poza arystokracją nie ma nic w Polsce, ani talentów, ani światła, ani poświęcenia! Nasz stan trzeci jest niczem, nasi chłopi są maszynami. My jedni stanowimy Polskę. I pewnego dnia, po wielu poniesionych ofiarach, spotka nas to, że zostaniemy powieszeni przed ołtarzem ojczyzny. Taki jest bieg zdarzeń, nieodwołalny bieg zdarzeń. Czasy muszą się wypełnić, gdy nadeszły. Radykalizm podniesie nas, by nas obalić i zetrzeć z oblicza ziemi. Niechby przynajmniej po nas coś dobrego spotkało ten kraj nieszczęśliwy. Niech się powodzi tym nowym ludziom, by stali się znowu wielkim narodem. Co do nas, pracujemy na naszą zgubę, a jednak pracujemy; to nasz obowiązek i Bóg nas widzi. A później przyjdzie szubienica i wieczność. Rozważ dobrze te słowa, namyśl się nad nimi raz jeden i drugi! To nie nagły rzut ducha, lecz owoc długich medytacyj. Pisz w dalszym ciągu do Wiednia. Oczy moje ciągle w tym samym stanie.
Na zawsze Twój.
Zyg. Kras.
62. Do Konstantego Gaszyńskiego
Wiedeń, 14 lipca 1832
Drogi Konstanty! Wciąż zdrowie moje takie same, ni wprzód ni wstecz nie cofnęło kroku. Koźmianowi nawzajem się kłaniaj! Donieś mi, gdzie też nasz Kazimierski? Nigdym nie mógł pojąć, skąd owemu dziecku o słabym wzroku i niemęskim głosie przyszła chętka do teorii o krwi i panowaniu. Dokazywał on ci to niepomału jak słyszę; czybyś był to przepowiedział wtedy, kiedy u mnie bywał i o Bielskim, Kromerze etc. rozpowiadał?
Wiesz? Kiedy zarzucam wzrok na przyszłość, widzę jedno śmierć dla nas, to jest dla tych, którzy są mojego i Twego zdania. Czy z góry, czy z dołu, przyjdzie na nas wyrok. Rozważ dobrze, co chcę zawrzeć w tych krótkich słowach. Ale przeto nie powinniśmy się strachać: gińmy, byleby była Ta, dla której zginiemy, a o rodzaj śmierci się nie pytać. Ale ten rodzaj z Francji przybędzie.
Za miesiąc lub półtora pisz do mnie do Warszawy; jeśli tu dłużej pozostanę, to Ci doniosę. Przestrzeń, która nas dzieli jest morderstwem dla myśli naszych; jakżebym pragnął z Tobą pomówić! Bądź co bądź, wiecznym Ci jest przyjacielem
Zygmunt.